KRAKÓW MAGICZNY… BO WSPINACZKOWY

Wspinać się czy nie wspinać? Mieszkańcy dawnej stolicy Polski ten dylemat postrzegają zgoła inaczej niż gdańszczanie czy poznaniacy. Tu po prostu nie wypada tego nie robić, bo Kraków jest jedynym chyba miastem nad Wisłą, gdzie niemal w samym centrum można działać w naturalnej skale. Jeśli dodamy do tego inne podobne miejsca położone w granicach gminy, liczbę poprowadzonych tam dróg i fakt, że wiele z nich jest prawdziwymi klasykami – i nie ma w tym stwierdzeniu przesady – okaże się, że Kraków daje wspinaczom największe możliwości realizacji ich pasji. Jest więc stolicą wspinaczki sportowej w naszym kraju i basta.

Tekst / TOMASZ BIERNACKI

Zdjęcie otwracia / Niezwykłe zabytki, nowoczesna miejska tkanka i wapienne, wspinaczkowe ściany… Imponujące w skali kraju połączenie. Po lewej widoczny Wawel, a na pierwszym planie Zakrzówek, ze słynnym Freneyem;
fot. Hasające Zające


NA WAPIENIU KRAKÓW ZBUDOWANO

Możecie oczywiście uważać, że przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm, i będzie w tym nieco prawdy, ale z faktami nie da się dyskutować, więc każdego, kto twierdzi inaczej, jestem gotowy wyzwać na ubitą ziemię – rzecz jasna u podnóża którejś ze skał. Rzucenie tak buńczucznego stwierdzenia na stronach prestiżowego magazynu górskiego musi zostać poparte niedającymi się podważyć argumentami – i to właśnie mam zamiar w poniższym tekście zrobić.

Zacznijmy od tego, co nie jest niczyją zasługą, a jedynie konsekwencją geograficznego położenia Krakowa. Wapienne skały są tu nieodłączną częścią krajobrazu. Widać je na przykład w samym centrum, na wzgórzu wawelskim – choć te u podnóża murów wokół Zamku Królewskiego na Wawelu są oczywiście częścią zabytkowego kompleksu i wspinanie się po nich na szczęście nikomu nie przychodzi do głowy. Są jednak w granicach miasta inne miejsca wystarczająco ekscytujące wspinaczy, bo w przeszłości wapień był wydobywany w licznych kamieniołomach i ich pozostałości zaspokoją najbardziej ekstremalne potrzeby.

Trzy z nich są położone raptem kilometr od krakowskiego rynku, więc podejście pod skałę oznacza kilkuminutowy marsz z pobliskiego przystanku tramwajowego lub autobusowego. Zakrzówek, Krzemionki i Liban, czyli kamieniołom Libana, są miejscami, w których niejeden wspinacz przeżywał satysfakcję, robiąc życiówkę, lub frustrację, zmagając się ze specyfiką jurajskiego wapienia. Na najpopularniejszych drogach, po tysiącach oddanych prób i przejść, niektóre chwyty są nie tyle wyślizgane, co wypolerowane na wysoki połysk, ale gdzież indziej można niemal w centrum milionowej metropolii mierzyć się z trudnościami nierzadko sięgającymi mitycznego VI.5? Będąc w Krakowie, nie trzeba planować całodziennej wycieczki poza miasto (choć do tej kwestii jeszcze wrócimy), żeby swoje umiejętności wystawić na najcięższą próbę.

Wszystkie trzy rejony są nadzwyczajne również dlatego, że wspinanie się jest tam zupełnie legalne. Drogi są doskonale ubezpieczone, regularnie czyszczone, a wokół powstała infrastruktura, z której mogą korzystać również miłośnicy skały – wiaty, ławki, utwardzone ścieżki etc. Lokalni włodarze nie traktują nas jak intruzów, wręcz przeciwnie, rozumieją, że ta pasja jest wartościowa. Tu, w mieście tak mocno wspinaniem przesiąkniętym, ta przychylność jest najzupełniej naturalna.

Krakowskie kamieniołomy są znane od samego początku wspinania sportowego w Polsce i mimo że topo większości ich ścian wygląda jak inkaskie kipu – linie są tak blisko siebie, że wcisnąć kolejnej nie ma możliwości – ciągle powstają tam nowe drogi. Zakrzówek jest też dość popularnym rejonem drytoolowym, obfitującym w wyzwania kuszące wprawnych amatorów spod znaku dziabek. Dla najbardziej ortodoksyjnych wspinaczy, którzy nie robią sobie zimowej przerwy na roztrenowanie, mamy natomiast Jaskinię Twardowskiego, czyli tak zwaną Norę (nazwa w pełni oddaje walory tego miejsca), dostępną przez cały rok.

Ściana El Pułkownik w kamieniołomie Liban ma niemal 30 metrów wysokości. Wspinacz na drodze
Bejrut; fot. Damian Granowski

SZERSZA PERSPEKTYWA

Miasto to jednak nie tylko centrum – często gwarne i głośne – ale także jego obrzeża. Jeśli zainteresujemy się także nieco oddalonymi od granic Krakowa miejscami (do których wciąż jednak dociera publiczna komunikacja, z której bywalcy tychże ochoczo korzystają), to wspinaczkowy potencjał wzrośnie wykładniczo. Doliny: Będkowska, Kobylańska, Bolechowicka, Szklarki, Kluczwody, a także Tyniec (choć ten od dawna leży w administracyjnych granicach krakowskiej metropolii) czy Piekary… Liczba dróg jest wprost oszałamiająca i idzie w dziesiątki tysięcy. Można tam rozpoczynać swoje wertykalne przygody na najłatwiejszych drogach, ale można też mierzyć się z tymi legendarnymi i próbować poprowadzić klasyki w rodzaju Chińskiego Maharadży. Przy okazji zanurzymy się w niesamowitą historię eksploracji jury, która – jeśli nie liczyć Tatr – stanowi ważną część historii polskiego wspinania w ogóle. Zimny Dół jest z kolei miejscem absolutnie kultowym dla wszystkich rozwiązujących bulderowe łamigłówki. Propozycji mamy więcej niż czasu, więc prawdę mówiąc, nawet jeśli nie zapuścimy się poza te podmiejskie rejony, i tak życia – wspinaczkowego – nie starczy, żeby choćby spróbować przejść wszystkie drogi.

ZE SKAŁ POD STRZECHY

Mogłoby się wydawać, że artykuł o wspinaniu się w Krakowie u progu nadciągającej nieubłaganie zimy jest nieco chybiony. Choć już niebawem temperatura przegna spod skał większość towarzystwa, nie oznacza to, że wszyscy zapadamy w zimową hibernację. Miasto, również w sensie sportowym, tętni życiem nawet, kiedy przykryte jest śniegiem, i można powiedzieć, że ma się całkiem nieźle.

Większych i mniejszych ścianek jest tu bez liku i za tymi przedsięwzięciami stoją nie biznesmeni, którzy wyczuli w tym czysto zarobkowy potencjał, ale ludzie sami się wspinający i najlepiej znający potrzeby środowiska. Co wnikliwsi czytelnicy artykułu pomyślą pewnie: „Halo, halo! Czy o czymś nie zapomniałeś?!”. I słusznie, istnieje bowiem jeszcze jedno miejsce, które obrosło legendą i dla wspinaczy nie tylko z tego miasta, ale z całej południowej Polski stanowi niemal centrum wszechświata. Mowa oczywiście o ściance sekcji krakowskiego klubu KS Korona. A, jak twierdzą niektórzy, wspinacze dzielą się na tych, którzy na Koronie się już wspinali i na tych, którzy mają to doświadczenie przed sobą. Krakowski ZIS (Zarząd Infrastruktury Sportowej) wspomógł także powstanie ogólnodostępnych ścianek w kilku krakowskich szkołach, na których regularnie odbywają się kursy wspinaczkowe, kierowane głównie do najmłodszych.

Zimny Dół – miejsce kultowe wśród wspinaczy bulderowych, wspina się Sylwia Buczek; fot. Piotr Drożdż

SPORT EKSTREMALNY, ALE BEZPIECZNY

Każda aktywność sportowa niesie ze sobą jakąś dawkę ryzyka i sporo z nas uprawia ten czy inny sport właśnie dla tego zastrzyku adrenaliny. Nie oznacza to jednak, że ignorujemy potencjalne zagrożenia – wręcz przeciwnie. Ciągle przypominamy, że wspinanie, choć może wydawać się aktywnością ekstremalną, przy zachowaniu wszystkich reguł nie jest dużo bardziej ryzykowne niż inne sporty. Dbałość o bezpieczeństwo nie zasadza się wyłącznie na osobistym sprzęcie i wiedzy. To także cała infrastruktura z tym związana – stała asekuracja na drogach, którą nadzorują wykwalifikowani ekiperzy, organizacja terenu w miejscach, gdzie się wspinamy, czy drogi i ścieżki umożliwiające bezpieczne dotarcie pod skałę. Miasto jest stale zaangażowane w rozmowy ze środowiskiem wspinaczy, choćby w kwestii udostępniania takich miejsc jak zarządzany przez lokalny Zarząd Zieleni Miejskiej dawny kamieniołom Libana, gdzie udało się wypracować reguły pozwalające korzystać z tego miejsca przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa i dbałości o przyrodę.

Skał nie przybędzie. Mamy ich tyle, ile mamy i świadomość tego, że musimy starać się wywierać jak najmniejszy wpływ na środowisko naturalne, jest powszechna i wyraźnie widoczna w tym, jak miasto nimi zarządza. Kraków jest też gminą członkowską Związku Gmin Jurajskich niemal od początku istnienia tej organizacji, więc perspektywa tych działań sięga daleko poza granice miasta.

Krakowski Festiwal Górski w Centrum Kongresowym ICE; fot. Adam Kokot / KFG

ŻYCIE KULTURALNE

I tak, powoli, to wspinaczkowe życie w Krakowie się toczy. Przez pół roku wylegujemy się pod nagrzaną w słońcu skałą, a potem przez kolejne pół szlifujemy formę pod dachem, żeby na wiosnę znów móc spędzać każdą wolną chwilę na zewnątrz i planować zrobienie kolejnej życiówki.

Nie samym wspinaniem jednak człowiek żyje. Nawet ci, którzy śpią w uprzęży i z kompletem szpeju pod poduszką, muszą mieć dni odpoczynku. A wtedy najlepiej spędzić czas na jednej z wielu górskich imprez, które odbywają się w stolicy Małopolski cyklicznie. Od ponad 25 lat zjeżdżają tu największe nazwiska ze świata wspinaczki, alpinizmu, himalaizmu i szeroko rozumianych sportów górskich, aby wziąć udział w Krakowskim Festiwalu Górskim, którego dawna (i dobrze) stolica Polski jest oficjalnym partnerem. Wydarzenie odbywające się od kilku lat w ultranowoczesnych wnętrzach Centrum Kongresowego ICE Kraków jest jednym z najważniejszych związanych z kulturą górską w Polsce. To stwierdzenie nie wynika z pobudek sentymentalnych (onegdaj związki Magazynu GÓRY i KFG były bardzo bliskie), ale z tego, że to po prostu niezaprzeczalnie znakomita impreza. Jest też Navigator Festival, odbywający się od 2019 roku w Nowohuckim Centrum Kultury. Zgodnie z nazwą nie ogranicza się on do kultury górskiej, ale zaprasza wszystkich, którzy nie potrafią usiedzieć w miejscu i zapuszczają się w najodleglejsze zakątki globu. To nie wszystko! W czasie krakowskich Targów Książki od kilku lat odbywa się Festiwal Literatury Górskiej i Podróżniczej, a spotkań z ciekawymi ludźmi, organizowanych przez KW Kraków, KW Sakwa, ośrodki kultury czy biblioteki, nie sposób zliczyć. Krakowski magistrat współpracuje zresztą choćby z Klubem Wysokogórskim przy organizacji takich wspinaczkowych wydarzeń jak „Kraków w Formie”, czyli letnich, darmowych zajęć wspinaczkowych dla mieszkańców Krakowa, które poprowadzili certyfikowani instruktorzy PZA.

To wszystko może wywołać u czytających wrażenie, że po krakowskich ulicach wypada chodzić wyłącznie ze śladami magnezji na spodniach, a w autobusach słychać dyskusje o czystości stylu, o tym, kto komu wyciął ringi na niedawno obitej drodze i czy aby wycena danej linii nie jest przesadzona. Tak oczywiście nie jest (choć pewnie nic przeciwko temu bym nie miał), ale nie da się zaprzeczyć, że jeśli szukać miasta, które ze wspinaniem sportowym ma najwięcej wspólnego i w którym kultura wspinaczkowa najmocniej wpisała się w krajobraz, to miejscem te kryteria spełniającym jest właśnie Kraków. Zostawiam was z tym oczywistym zaproszeniem, a sam, korzystając z ostatnich ciepłych dni, idę się wspinać… Na pole. 🙂

Kraków jest członkiem Związku Gmin Jurajskich od 1994 roku.


Tekst został opublikowany w 292 (3/2023)numerze Magazynu GÓRY.

Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026