Piza. Bieg na stację. Za późno na pośpieszny do Ventimiglii, a myśleliśmy o Alpach Nadmorskich. Pociąg do Livorno, zbyt wolny, żeby zdążyć na prom. Dwóch pijanych Polaków w drzwiach zabytkowego dworca. Ciemne uliczki, wilgotny upał, labirynt prowadzących donikąd dróg i zamknięte drzwi do Decathlonu (nici z gazu…). – Może wolelibyście na Sardynię? – pyta kobieta w porcie. – Prom na nią jest tu, a do Bastii wciąż na Korsyce. Wieje, nie dostał zezwolenia na wyjście z portu. Zanim się zdecyduję, José płaci za dwa bilety do Bastii na nie wiadomo kiedy – mamy miesiąc, nie spieszy się nam.

MORZE MIEDZI I FIRANKI DESZCZU

Port w Bastii jest długi i wąski. Prom wsuwa się w zatokę bezszelestnie, mija bulwar pełen wielkich palm. Morze jest gładkie jak szyba. Wcale nie wieje. Pniemy się w górę Gorges du Tavignano. Wąwóz jest skalisty, piękny. Czym wyżej, tym mniej zielony, bardziej złoty i pomarańczowy. Schronisko Sega nieczynne, ale otwarte, koło kuchenki ktoś zostawił kopę jajek i trzy kabaczki. Pogoda psuje się, jezioro Nino – latem błękit- na wyspa w morzu jaskrawozielonych traw – wygląda jak kropla rtęci w miedzi. Zejście do Bergerie de Colga jest bardzo strome. Cabana otwarta. Stół, krzesło, materace – brudne, pogryzione przez gryzonie. Rozbijamy namiot. Grań masywu Monte Cinto zmywają firanki deszczu. Na skraju lasu złocą się samotne brzozy.

Castel de Vergio, brzydki hotel na GR20, jest zamknięty. Skręcamy w Sentier de la Transhumance. Brodzimy w paprociach, w zapachu korsykańskich sosen, wśród cyklamenów. Zwiedzeni chwilowym upałem wskakujemy do rzeczki – niepotrzebnie, pogoda się psuje i marznę. Z góry widzimy deszcz padający w zatoce Porto. Ścieżka biegnie po grzbietach, wspina się po skałach, przedziera przez rumowiska i gęsty las, czasem wychodzi na polną drogę. Za polanką z pięknym widokiem niechcący wbijamy się w strome zejście. Nieuczęszczane, zawalone głazami i korzeniami, pozarastane jeżynami. Urwiście, niepewnie i ślisko. Morze chmur oświetlone zachodzącym słońcem wygląda fantastycznie, jak z pocztówki.

Grań ponad schroniskiem Petra; fot. Katarzyna Nizinkiewicz

Bergerie d’E Mazze to ruina. Świnie rozryły ściółkę. Rozbijamy namiot na ścieżce. Drzewa bujają się, las huczy, sypią się połamane gałązki. Ranek jest piękny. Szlak znów podchodzi na grań. Skręcamy na Bocca di Guagnarola w stronę GR20, w wysokie skały. Słońce zachodzi za Punta Minuta, zapada noc. José upiera się iść do schroniska. Brniemy przez skały po omacku, dopóki ktoś nie zobaczy nas z góry i nie zacznie wymachiwać światełkiem. Kartka na drzwiach oznajmia, że w łóżkach pluskwy, więc śpimy na zewnątrz.

NOCLEG ZE ŚWINIĄ

Cyrk Solitude. Przepastnie, pięknie. Skalne płyty ubezpieczone łańcuchami. Kilka luźnych, widać się oberwały. Plama krwi, może ktoś sobie rozbił nos… Bocca Tumasginesca. Próg doliny, latem wypełniony jeziorkiem, teraz suchy. Poszliśmy starym wariantem szlaku, górą. Widoki zbladły, z północy nadciągnął wał chmur. Przed przełęczą Murvella pogubiliśmy się i wdrapaliśmy na grań zbyt wcześnie. Na zejściu wpadliśmy w luźne kamienie na stromym. I w noc. Rozbiliśmy namiot chwilę przed burzą, ale zmokliśmy i tak. Wywietrznik ciekł, puchowe śpiwory i kurtki nasiąkły, nic z tym nie mogliśmy zrobić. W ciemności słuchaliśmy piorunów zwielokrotnionych echem i cieszyliśmy się, że targany wichurą namiot nadal stoi. Przed świtem chmura podniosła się, zostawiając szczelinę nad morzem. Światła Calvi pojawiły się, zbladły i zgasły – wybrzeża dotknęło słońce. Schodziliśmy cyrkiem Bonifatu przez zarośla drzewek truskawkowych i łany kań. Nocowaliśmy wśród skał powykręcanych, jakby ktoś je pojedynczo wyławiał z ukropu. Szumiała rzeka, echo powielało daleki chichot osła, pachniał rozgrzany rozmaryn. Musieliśmy zejść po zakupy aż na wybrzeże. Dwa dni później byliśmy niemal w tym samym miejscu, tylko wyżej. Nocowaliśmy na wietrznej przełęczy z widokiem od morza do morza. W południe niespodziewanie zrobił się upał.

Podejście na Col de Verde; fot. Katarzyna Nizinkiewicz

Bocca Di l’Ondella to chyba część wojennych umocnień. Szeroka droga obrzeżona murkiem. Gdzieś wyżej nadbudowano zakręt. Stromo, na przełęczy obryw. Na zejściu wspaniały las. Sosny, deszcz żółtych brzozowych liści, czerwony mech. Kilka marnych kopczyków, chaszcze, w nich polana i cabana, o której milczy mapa. Budynek najwyraźniej nowy. Zapas gazu wystarczyłby pewnie na rok. Łóżka pokryte kożuchem mysich kup, podłoga chybotliwa jak łódź. Nad kuchenką kartka „Schronisko prywatne, nieudostępnione publicznie”. Bawiliśmy się, próbując to wytłumaczyć. Rządowe pieniądze i chatka pozorująca solidny budynek, w teorii pewnie bardzo drogi… Jakaś podejrzana fundacja?

Tak czy siak, rozbiliśmy namiot. Obudziło mnie chrapanie. Nie pomogły dwa kaptury na uszach.

– Świnia! – mruknął José, kiedy go szturchnęłam. Zamilkłam urażona i chwilę trwało, zanim zrozumiałam, że nie śpi, a chrapanie wcale nie ustało.

– To świnia – sprecyzował. – Przytuliła się do mnie przez namiot.

Rano zobaczyliśmy, że okolica została doszczętnie zryta, ocalał tylko spłachetek trawki – nasz biwak. Wychodząc na szosę przy Maison du Muflon, zastaliśmy ogłoszenie: „Szlak zamknięty, rezerwat przyrody”.

W drodze na Monte Cinto; fot. Katarzyna Nizinkiewicz

W GÓRĘ I W DÓŁ

Wieczór łagodny, cichy. Za Bergerie de Manica na gołych skałach brzozy rozżarzone jak złote lampiony. Powyżej 2000 metrów tylko karłowate jałowce, paprocie. Nachodzi cień, robi się zimno. Mijamy Bocca Borba i szeroki trakt biegnący z Haut Asco. To surowy, wysokogórski teren, głazy, nawet resztki śniegu. Nocujemy pod gołym niebem (nie ma miejsca na namiot). Świecą gwiazdy. Przez moment pada lekki śnieg. Słońce wschodzi wyjątkowo czerwono. Z przełączki Edoulis zerkamy na jeziorko Cinto. Trawers biegnie kilkadziesiąt metrów pod granią. Dziki, dość żmudny. Nie wiemy, że latem GR20 zostanie poprowadzony tędy, omijając Cyrk Solitude, po obrywie podobno zbyt niebezpieczny. Idziemy długo. W górę i w dół. Po skałach, pod skałami, w szczelinach. Nie siedzimy na Monte Cinto, bo wieje. Zejście jest męczące, strome, ponad 1000 metrów ciurkiem, bez wody. Od Refuge de l’Erco szutrowa droga do Calacuccii. O 5.00 robi się czarno i zimno. Dopiero po 8.00 znajdujemy płaskie miejsce, miałki piach pod rozłożystym dębem. Za murem troszkę śmierdzą świnie. Rzucamy im ogryzki, skórki od bananów. Każda porcja wywołuje radosny kwik. Zasypiamy spokojni, ciesząc się, że od zwierząt oddziela nas ściana.

Rano widzimy, że trzy metry dalej jest brama. Otwarta. Podchodzimy monotonnie, mijamy wysypisko śmieci. Na Plateau d’Alzo dopada nas chmura.

Widoczność mizerna, las gęsty. Na polance kamienny domek. Przy nim zakaz biwakowania, nawet spania w worku biwakowym – taki widzę chyba pierwszy raz. Zaglądamy do chałupki i jednak rozbijamy namiot. Zbyt tam brudno. Nad ranem budzą nas grzmoty. Wiemy już, że namiot cieknie, więc przenosimy się pod dach. Po burzy temperatura opada. Mży. Rzeki brunatnieją i wzbierają.

– Tylko patrzeć, jak przyjdzie zima i śnieg – mówi pasterz spotkany w dolinie.

– Tam wyżej jest otwarty szałas, jak chcecie, to przenocujcie.

Za jeziorami Melo i Capitello galimatias – błędy na mapie i GR20 oznakowany jak autostrada. Śmieci poupychane pod kamieniami. Kilka łańcuchów. Refuge de Manganu puste. Naprawdę nie wiem, co mnie skusiło, żeby zejść. Około półtorej godziny dalej (w bok od GR-u) widziałam na mapie szałas. Szlak wykuto na szerokość krowy, wysoko ponad korytem rzeki. Widoki początkowo piękne, słońce zaszło kolorowo.

Noc przyszła szybko. Latarka padła. Rzeka wyła. Śpiewały jakieś dziwne ptaki, skały sypały się i wyjeżdżały spod nóg, pogubiliśmy się. Nocowaliśmy na dziurawym moście (jedyne płaskie miejsce), pod tropikiem, ale i tak zlała nas rosa.

Zdjęcie otwarcia: Widok na Lac Nino; fot. Katarzyna Nizinkiewicz

Dalsza część materiału dostępna jest w GÓRY numer 1/2022 (284)

Czytnik GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/