JESIEŃ W NORWEGII – GÓRY SKANDYNAWSKIE CZ. 2

Dolinę zalało morze mgły. Kiedy się w niej zanurzałam, stawała się półprzezroczysta, rozświetlona słonecznymi promieniami. Drzewa i trawy były obwieszone kropelkami, lasy magiczne. Wieś i szosa – mroczne, wilgotne. Na przeciwległym zboczu leżało małe muzeum, stara, kilkusetletnia gospoda. Dopiero teraz zorientowałam się, że idę jakimś pielgrzymkowym szlakiem.

Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ

Zdjęcie otwarcia / Widok z biwaku za Alvdal


PRZEZ PASMA GÓR

Drewniane zabudowania Tylldalen Bygdetun wyglądały pięknie w strzępkach mgły. Szlak był dziki, ścieżka pozarastana, osypały się stromizny, niektóre fragmenty pożarła droga. Na grzbiecie zgubiłam znaki, kolejne, które znalazłam, były postawione przez DNT [Norweskie Stowarzyszenie Turystyczne – przyp. red.]. Światło zachodu rozlało się po chrobotkach, zapłonęły pojedyncze już złote brzózki. W dolinie zaczęła się zbierać wieczorna mgła. Szukałam idealnego miejsca, przekonana, że może pojawi się zorza, ale było nierówno, mokro, nie znalazłam pitnej wody. Z rozpędu przeszłam chyba z 10 kilometrów, noc zastała mnie na łysym wzniesieniu. Postawiłam namiot na ścieżce (i tak nikt oprócz mnie nią nie chodził). Zasnęłam i nie wiem, czy coś przegapiłam.

Grzbiet opadał do kolejnej doliny. W drodze na wschód przecinałam wszystkie pasma gór, co chwilę wchodziłam i schodziłam. Nie zawsze szlakiem – tu też się pogubiłam. Wchodziłam w chaszcze. Znaki odnalazły się na przeciwległym zboczu. Szukając ich, trafiłam na łany borówek, wspaniale dojrzałych i słodkich, znalazłam też borowika. Ugotowałam go prawie od razu, jak tylko udało mi się przedrzeć bliżej potoku – szybkiego, spienionego, pozarastanego. Wracając na ścieżkę, znów się zgubiłam, a to tylko kilkanaście metrów! Trudno. Taki dzień. Łatwiej było na wzgórzach, na otwartej przestrzeni. Z daleka wypatrzyłam wieś, a w niej samochód. Bałam się tłoku, ale domek DNT był pusty. Szybciutko, zanim się ochłodziło, nagrzałam wody i wylałam ją na siebie przed progiem. Ociekałam, kiedy usłyszałam silnik. Uciekłam i prawie kompletnie się ubrałam, zanim do drzwi doczłapało dwóch myśliwych. Brzęknęły butelki, z niedopiętych plecaków wysypało się mnóstwo jedzenia. Młodszy wyszedł z latarką w krzaki rozbić namiot (ja postawiłam swój na podwórku), drugi został na noc w chatce i zanim wybrałam się spać, poczęstował mnie piwem. Był scenografem filmowym, opowiadał o swojej pracy i o tych górach. Od niego wiem, że w pięknej, starej wsi (za oknem) narodziła się mleczarska firma Tine. To tu zaczęto skupować mleko od okolicznych farmerów, z czasem coraz więcej i więcej, aż powstał potentat na skalę kraju. Że woda spod niedalekiej góry spływał do trzech różnych mórz: Północnego, Norweskiego i Bałtyku. I że miejscowa szkoła, do której chodzą jego dzieci, ma wyższy poziom od tej, do której chodziły w Oslo.

Wiatr i chmury na płaskowyżu – w drodze do Røros

MYŚLIWI, JAK TO MYŚLIWI…

Noc była bezchmurna i chłodna. Rano zajrzałam do chatkowej książki, żeby zobaczyć, z kim miałam przyjemność, ale panowie się nie wpisali. Wywiesiłam śpiwór na drzwiach drewutni, namiot na daszku toalety – trochę ociekł. Scenarzysta zwlókł się na dół, akurat kiedy kończyłam śniadanie, i poczęstował mnie czekoladą (do kawy, znalezionej w szafce).

Wędrując piękną, puchatą od chrobotków doliną – wzdłuż rzeki błękitnej jak na folderach z tropików, wśród złotych brzózek i jadowicie żółtych wierzb – wypatrywałam reniferów z nadzieją, że ich tu nie ma, a jeśli są, że się skutecznie ukryją. Dla myśliwych były zdrowym mięsem. Mówili, że polują tak dużo, że wystarcza im to na cały rok. „Łosie, renifery, ptaki – uciekajcie” – mówiłam w myślach, choć nie widziałam żywego ducha. W ten chłodny, krystaliczny poranek wszystko wydawało mi się piękne. Idealnie do siebie dopasowane, dokładnie takie, jakie powinno być. Myśl o huku wystrzału, o ranach, panice, krwi była jak zadra. Chciałam zapomnieć, ale nie umiałam. Ja też czułam się częścią tego świata. Bawiło mnie, że wtapiam się w jesienne kolory, że mój plecak prawie nie różni się od chrobotów, karimata jest tak samo żółta, jak listki wierzb, skarpety uwieszone do plecaka błękitne jak woda w strumieniu. Ja sama byłam ciemnoszara, bezbarwna, chyba że się ociepliło, to wtedy oliwkowozielona.

– Nie możesz tak chodzić po górach – powiedziała mi po południu ciemnowłosa kobieta. Przyszła znienacka. Właśnie otworzyłam schronisko i szukałam gniazdka. Szafka była pełna wymyślnych herbat, na kuchence już gotowała się woda.

– Napijesz się herbaty? – spytałam, a ona kiwnęła głową.

Opowiedziałam jej o myśliwych, o białym od porostów płaskowyżu i mgle w każdej dolinie. Nie powiedziałam, że schodząc, myślałam o tym, że zaraz dojdę do wsi i że gdyby to była Francja czy Hiszpania, w dolinie znalazłabym przytulny bar, że podłączyłabym tam sobie telefon i powoli sączyła świetną kawę.

– Ja też nie jestem stąd – powiedziała. – Jestem Francuzką.

O mało nie roześmiałam się na głos. Zajmowała się kempingiem. Ktoś zamówił tu na noc domek i miał przyjechać, ale chyba się spóźniał. Nie zdążyłam dogotować zupy, kiedy uznała, że czas wracać.

– Zabiorę cię do domu i dam odblaskową kamizelkę. Nie możesz tak chodzić po górach, wtapiasz się w nie, a myśliwi, jak to myśliwi – dużo piją. Pojutrze zaczyna się sezon polowań na łosie, przyjedzie mnóstwo ludzi, porobią sobie obozy w górach.

Moje rzeczy były porozrzucane po chatce, telefon podłączony do ładowania.

– Zostaw. – Machnęła ręką. – Odwiozę cię.

Dom okazał się samotną farmą nad jeziorem. Dostałam kawę, poszłyśmy na spacer z jej córką i z psami. Czas leciał. Martwiłam się tym, aż Sophie zaproponowała, żebym zanocowała w domku na drzewie. Był wspaniały, zbudowany do oglądania zachodów słońca. Zostałam.

Renifery w parku narodowym

Z SZAROŚCI W RAJ

Wyszłam przed świtem. Słońce wzeszło w wąskiej szczelinie chmur. Złote światło przesunęło się po prawie bezlistnych drzewach, podświetliło od spodu chmurę czy mgłę i znikło. Zaczął padać deszcz. Podchodziłam lasami, łączyłam fragmenty szlaków i ścieżek. Na bagnach łatwo było się pogubić. Las był gęsty i mokry. Nie dowierzałam, kiedy niebo znów się oczyściło. Brzózki błysnęły złotem, tundra czerwienią. Światło zmieniało tu wszystko z depresyjnej szarości w raj. W dolinie minęłam samicę łosia z młodym i kolejny domek DNT. Nie zajrzałam. Tuż pod granią wypatrzyłam na mapie darmową chatkę. Nic o niej nie wiedziałam, ale miałam nadzieję, że jest otwarta. Wdrapałam się na płaskowyż gąszczem, chatka była widoczna z daleka. Biegłam do niej i zapomniałam nabrać wody. To był schludny domek. Dwa łóżka z miękkimi materacami, stół, cztery krzesełka. Idąc po wodę, tak się rozgrzałam, że już nie musiałam rozpalać ognia, choć było drewno. Zapadł błękitny zmierzch. Kładłam się właśnie, kiedy usłyszałam ruch klamki. Kobieta zajrzała i się wycofała.


Tekst w całości przeczytasz w 301 (4/2025) numerze Magazynu GÓRY.

Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026