W pewien bożonarodzeniowy poranek – musiałem mieć wtedy około 16 lat – zarzuciłem na plecy nowiutki kraszpad i ruszyłem w kierunku najbliższego kawałka skały, ukrytego w lesie nieopodal domu. Pstrokate okropności, jakie zwykli do tej pory nosić wspinacze, zamieniłem na pachnące nowością, niemalże lśniące białe spodnie. W podskokach zmierzałem do Jackson Tor pewien, że to właśnie ten dzień. Pięć minut wcześniej skończyłem oglądać Stick It – świeżutki film o prężnie działającym brytyjskim środowisku bulderowym i zainspirowany wyczynami moich idoli z ekranu nie mogłem się doczekać konfrontacji z własnym projektem. Tamtego dnia czułem, że nic nie będzie w stanie mnie zatrzymać!

James prowadzi nowe tradowe drogi w RPA – kadr z filmu filmu Rocklands – A Trad Diary z 2014 roku;
fot. arch. Once Upon a Climb

Jackson Tor może nie jest najgorszym spotem bulderowym w Peak District, ale wiele brakuje mu też do miana najlepszego. Podczas gdy dzisiaj miejsce to przeżywa swój mały wspinaczkowy renesans – na chwytach można dostrzec magnezję, a pod baldami odpowiednio przygotowane lądowiska – wówczas byłem jedynym wspinaczem w promieniu kilku kilometrów. Kamieniołom znacznie częściej odwiedzali spacerowicze ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi lub plecakami pełnymi starych puszek po dezodorantach, gotowych, by eksplodować w wieczornym ognisku (znam te atrakcje z autopsji). Wciąż jednak był to grit położony mniej niż trzy minuty od mojego domu, a w bożonarodzeniowy poranek byłem pewien, że będę mieć cały sektor tylko dla siebie!

Zastąpienie kawałka nieco obskurnego dywanu padem z prawdziwego zdarzenia miało swoje zalety. Pierwszą, jaką zauważyłem, była wygoda zakładania butów wspinaczkowych. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że dobrym pomysłem na rozgrzewkę będzie ponowne przejście The Sickle, czyli jednej z moich pierwszych poważnych solówek. W końcu, skoro miałem pod skałą metr kwadratowy pianki, nic złego nie mogło się wydarzyć. Wykonując pierwsze ruchy, myślałem tylko o tym, jak świetnie być prawdziwym bulderowcem i jak podekscytowany będę, odpalając dzisiaj swój projekt. Pięć metrów nad ziemią w rysie i z wiatrem we włosach czułem się jak gwiazda filmów wspinaczkowych. Lepiej być nie mogło! Zalana skała nad moją głową miała jednak inne zdanie na ten temat i nim zdążylibyście powiedzieć „Stick It”, ręce wyskoczyły z rysy i leciałem na spotkanie z glebą. Z padem minąłem się o jakieś trzy długości ciała i, szorując tyłkiem po krzewach, błocie i innych mniej przyjemnych brązowych elementach podłoża, jechałem w dół skarpy. Białe spodnie okazały się mało trafionym wyborem do wspinania i wiedziałem, że nawet moja mama nie będzie w stanie ich doprać.

Shifting Dreams, to film o wspinaczce Caro Ciavaldini drogą Le Voie Petit (8b, 450 m) na Grand Capucin, nakręcony i wyprodukowany przez Chrisa Prescotta w 2016 roku

Przytaczając tę historię, chcę powiedzieć, że kiedyś treści wspinaczkowe rozbudzały moją wyobraźnię i sprawiały, że zaczynałem marzyć. Czekałem długie miesiące na nowego Dosage’a, by potem oglądać go w kółko na kasecie aż do zdarcia taśmy. Znałem wszystkie baldy z filmu i każdego wspinacza, a na wyjazdach powtarzaliśmy z przyjaciółmi wyłapane powiedzonka w nadziei, że tym samym będziemy trochę bardziej jak [Graham – przyp. red.] i spółka. Owe pierwsze filmy ukształtowały mnie jako wspinacza. Bez nich moje życie nie byłoby takie samo.

Dwadzieścia lat później żyjemy w świecie, w którym każdy ma głos. Każdy może być, kim zechce, i robić, co zechce, co tyczy się również produkcji filmów. Nigdy nie było tyle treści wspinaczkowych co teraz – wszystkie powszechnie dostępne i błagające o konsumpcję. Szczerze mówiąc, wątpię, by jedna doba wystarczyła, na obejrzenie wszystkiego, co wylądowało w sieci przez ostatnie 24 godziny. Nakręcić film na telefonie i wrzucić do internetu może obecnie każdy – nie potrzeba do tego ani komputera z programem do montażu, ani tym bardziej wiedzy z zakresu obróbki materiału czy technik filmowych. Mówię z własnego doświadczenia, jako że w dużej mierze właśnie to często z Caro [Ciavaldini – przyp. red.] robimy. Bez zająknięcia przyznaję, że nie mamy bladego pojęcia o prawdziwej produkcji, a mimo to wciąż próbujemy robić filmy.

James i Caro na kolejnym rowerowo-wspinaczkowym tripie, z którego film powinien zainspirować widzów, by wyruszyli w poszukiwaniu własnych przygód

Za młodu, gdy obrazy wspinaczkowe dopiero wchodziły w erę cyfryzacji, goście, z którymi pracowałem, byli zawodowymi operatorami filmowymi. Mieli duże, ciężkie kamery, którymi celowali w różnych ludzi – w tygodniu w ramach prawdziwej pracy, a w weekendy w ramach dodatkowych projektów z głupkami jak ja w rolach głównych. Swój fach znali od podszewki i gdy filmowali sekwencję wspinaczkową, każde ujęcie było dopracowane do tego stopnia, że miało się wrażenie obcowania ze sztuką. Wiadomo, że często przymykamy oko na trzęsący się obraz z telefonu, nazywając go materiałem „surowym” lub „autentycznym”, co nie zmienia faktu, że przeważnie wizualnie jest on po prostu do dupy. Aby sprawiedliwości stało się zadość, należy zaznaczyć, że smartfony niewątpliwie zdążyły już uwiecznić wiele niesamowitych momentów w historii wspinania, które inaczej nie zostałyby w ogóle udokumentowane. Niemniej, gdy od czasu do czasu zdarzy mi się trafić na naprawdę dobrze skręcony film wspinaczkowy, czuję się, jakbym łapał drugi oddech.

Tekst / JAMES PEARSON
Tłumaczenie / MONIKA MŁODECKA

Zdjęcie otwarcia: James onsajtuje na Amico Fragile (8b, 230 m) na Sardynii – kadr z filmu Hyknusa z 2012 roku, w reżyserii Ricky’ego Felderera i Pietro Porro


Całość tekstu znajdziecie w magazynie GÓRY numer 2/2022 (285)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/