Około północy 20 maja na swojej stronie facebookowej opublikowałam post związany z trwającymi w tym czasie na Evereście atakami szczytowymi. Ku mojemu zaskoczeniu, miał on prawie 500 laików, 70 udostępnień i mnóstwo komentarzy, co chyba znaczy, że temat jest ważny. O co chodziło? O środowiskowy podział osób działających na ośmiotysięcznikach na „turystów i „prawdziwych himalaistów”.

Post był spontaniczny ,a do jego napisania skłoniła mnie kolejna już informacja na poniekąd cenionym przeze mnie portalu wspinanie.pl, dotycząca himalajskiej wyprawy firmowanej przez PZA. Od razu wyjaśniam — nie mam nic przeciwko PZA ani komukolwiek z owej wyprawy, jednak tekst wzbudził we mnie sprzeciw wobec swego rodzaju niesprawiedliwości. Konkretnie chodziło o fakt niedostrzegania przez media działających w tym samym czasie na różnych ośmiotysięcznikach kilkunastu innych Polek i Polaków z PZA niezwiązanych. Wszystko sprowadza się do środowiskowego podziału na „himalaistów” (tak zresztą koledzy z wyprawy opisywanej przez wspinanie.pl nazwali się na swojej stronie internetowej) i tych gorszych, o których zwykło się mówić z nutką pogardy „turyści” albo „klienci komercyjni”.

PROBLEM Z DEFINICJĄ

Zacznijmy od tego, że od trudno niekiedy ustalić granicę pomiędzy „himalaistami” a „turystami”. Tym pierwszym coraz częściej zarzuca się rozdmuchane ego, tym drugim — niszczenie magii najwyższych gór, które w mniemaniu niektórych zarezerwowane są tylko dla nielicznych. Oczywiście nikt nie ma zastrzeżeń do pewnej, wąskiej elity wyczynowców będących Himalaistami przez duże H (mowa o takich nazwiskach, jak na przykład Jurek Kukuczka, Wojtek Kurtyka, Krzysiek Wielicki, Wanda Rutkiewicz, Rysiek Pawłowski, Piotr Pustelnik, a z młodszego pokolenia choćby Janusz Gołąb). Jednocześnie nikt nie neguje faktu, że grupa „wysokogórskich turystów”, bez odpowiedniego doświadczenia uniemożliwiającego samodzielne działanie, też istnieje, a w dodatku szybko rośnie, doprowadzając do pojawiania się w ekipach ludzi, którzy do takich wypraw po prostu się nie nadają. Jednych i drugich tutaj zostawiamy — dyskusyjna jest grupa „środka”.

Kontrowersji jest wiele, bo jak na przykład zakwalifikować wspinaczy o naprawdę sporym doświadczeniu wysokogórskim, którzy nie mają jednak zacięcia typowo sportowego — nie biją rekordów, nie robią nowych dróg — ale jak by nie patrzeć, zdobywają najwyższe góry, co proste przecież nie jest. Czy to ciągle „turyści”?

Pamiętam, jak kiedyś chyba  śp. Artur Hajzer tłumaczył że himalaista to ktoś, kto sam zakłada poręczówki i wspina się bez tlenu z butli, zaś niektórzy dodają  do tego jeszcze, że akcję górską  powinien on odbywać bez tragarzy. Tylko skoro tak, to ilu himalaistów w Polsce mamy? Czy rzeczywiście koledzy mówiący o sobie z dumą „himalaiści”, robiący wszystko, aby wytworzyć poczucie elitarności tego grona (między innymi poprzez dyskredytowanie „turystów”) nie korzystają z tragarzy wysokościowych, omijają założone często przez wyprawy komercyjne poręczówki i robią stuprocentowo „beztlenowe” wejścia? Z drugiej strony, czy rzeczywiście ktoś, kto wchodzi bez butli z tlenem, ale jednak z szerpą, albo jedzie na wyprawę postrzeganą jako „komercyjna”, ale nie ma wykupionej pomocy tragarza i przewodnika, to rzeczywiście tylko „turysta”?

Wątpliwości tego typu można mieć sporo. Jak na razie wygląda na to, że wszyscy, którzy nie jeżdżą na wyprawy pod patronatem PZA, to „turyści”, niezależnie od tego, jaki cel osiągają. Weźmy przykład tegorocznego Everestu — pech chciał, że z pięcioosobowego grona „himalaistów” cel osiągnął tylko Rafał Fronia (wejście bez dodatkowego desu na Lhotse), podczas gdy z „turystów” aż pięć osób zdobyło Everest (fakt: z tlenem), a trzy Lhotse, przy czym Janusz Adamski zrobił godny uznania trawers Everestu (abstrahuję od dyskusji związanej z brakiem stosownego zezwolenia — mam na myśli wyczyn jako taki).

DOSTRZEC POTENCJAŁ

Może zamiast krytykować tak zwanych „turystów” (wrzucając do jednego worka tych doświadczonych z tymi, którzy się chełpią Island Peakiem) PZA czy konkretne kluby wysokogórskie powinny się im przyglądać i tym najlepszym dawać szanse na rozwój? Narzekamy na braki kadrowe, a kto wie, czy nie mamy prawdziwych diamentów, wymagających tylko doszlifowania? Mówiąc o szansach na rozwój, mam na myśli sponsorowane szkolenia, obozy, wyprawy, odpowiednie programy motywacyjne, pomoc w załatwieniu funduszy czy choćby wsparcie marketingowe… Jak na razie PZA robi wszystko, aby stworzyć poczucie wyjątkowości nawet nie środowiska, ale wąskiej grupy „himalaistów” postrzeganych jako „krewni i znajomi królika” (źródła tej opinii przez grzeczność nie ujawnię). Ogranicza tym samym możliwości tych, którzy do tego grona przebić się po prostu nie mogą.

Powiedzmy sobie szczerze: himalaizm nie jen zarezerwowany tylko dla wybranych — grono pasjonatów gór wysokich jest w Polsce dużo większe, niż się powszechnie myśli. Trudno mieć pretensje do „turystów”, że jeżdżą na wyprawy komercyjne, skoro nie mają innej możliwości, bo przecież wyprawy PZA zarezerwowane są tylko dla nielicznych (pytanie, czy rzeczywiście tych najlepszych, biorąc pod uwagę prawie 40-milionowe społeczeństwo).

Na marginesie: piszę ten tekst podczas wyprawy na Broad Peak, którą jak najbardziej można określić „komercyjną”. Innej opcji nie miałam, bo nie mogąc znaleźć chętnych do wspinania się na tę górę, musiałam dołączyć do jakiejś ekipy ze względów logistycznych i finansowych (zorganizowana przez agencję wyprawa międzynarodowej grupy jest dużo tańsza niż wspinanie planowane samodzielnie).

INFORMACJE? ALE SKĄD?

Prośba do osób z pogardą odnoszących się do „turystów”: nie rozsiewajcie mitów, że za pieniądze można wszystko i że jak trzeba, to klientów komercyjnych wciąga się na szczyt. Jeśli faktycznie znacie się na górach wysokich, wiecie, jak jest. Jeśli się nie znacie — nie zabierajcie głosu. Doceńcie choćby fakt, że owi „turyści” już na samym wstępie mają trudniej — wybór agencji i organizacja wyjazdu zabiera mnóstwo czasu, a przecież trzeba jeszcze jakoś zdobyć pieniądze, no i trenować (wbrew pozorom, wielu „turystów” ma formę nie gorszą od „himalaistów” z wypraw PZA).

Co do pieniędzy, to pomocne w ich zdobyciu są media. Tutaj „turyści” mają zdecydowanie gorzej niż „himalaiści”, których plany PZA z wiadomych przyczyn nagłaśnia, zwłaszcza że ma już utorowane kanały informacyjne. W moim facebookowym poście zarzuciłam portalowi Wspinanie.pl (i poniekąd innym mediom), że nie piszą o wyprawach spoza parasola PZA. Niedługo potem zadzwoniła do mnie jedna z dziennikarek radiowych, przyznając otwarcie, że nie przyszło jej do głowy, że są jakieś polskie wyprawy poza tymi, które firmuje Związek.

Oczywiście, logiczne jest pytanie, skąd dziennikarze mają wiedzieć o wyprawach. W poście podkreślałam, że cenię ludzi skromnych, działających nie dla chwały, tylko z pasji, dla siebie. Moim zdaniem to rolą dziennikarzy jest wyciągać ich na światło dzienne, bo można im w ten sposób bardzo pomóc, a zarazem wpłynąć inspirujące na innych poprzez kreowanie zainteresowania górami. Na drugim biegunie stoją ci, którzy w autopromocji są aż za dobrzy, zbyt chętnie wypowiadają się na swój temat i podkręcają swoje „wyczyny”, co media lubią, zwłaszcza jeśli mają z tego „gotowca”.

Żeby byla jasność — nie uważam, że o każdej wyprawie trzeba pisać (choć udanych wejść na ośmiotysięczniki w końcu nie mamy tak wiele), ani nie mam recepty na to, co zrobić, żeby podejść do problemu obiektywnie i sprawiedliwie. Myślę jednak, że grono ludzi wspinających się na ośmiotysięczniki jest na tyle małe, że dziennikarze interesujący się tym tematem nie powinni mieć problemów z dotarciem do potrzebnych informacji. A może w ramach środowiskowej integracji PZA założyłby jakieś forum, gdzie wpisywałoby się poważniejsze wyprawy, także te niefirmowane przez Związek? „Turyści” na pewno by taki gest docenili.

Jakieś pozytywy? Pocieszające w dyskusji pod wspomnianym postem było to, że okazało się, że jako ludzie gór, mimo różnych koncepcji, umiemy ze sobą rozmawiać spokojnie i bez hejtu, a to jednak dobrze rokuje. Pozostaje mi życzyć wszystkim, aby zamiast rywalizacji w środowisku istniała tylko współpraca i wzajemna życzliwość. Bez tworzenia sztucznych podziałów.

Tekst i zdjęcia: Monika Witkowska

Powyższy tekst pochodzi z numeru GÓR (257) z 2017 roku. Przypominamy go ze względu na 30-lecie naszego magazynu w ramach cyklu najciekawszych artykułów, które ukazały się na łamach GÓR. Jeśli chcecie przeczytać więcej wartościowych artykułów, zapraszamy na czytaj.goryonline.com.