HIGHLANDER, CZYLI EMIRATY JAKICH NIE ZNACIE

Wszyscy mamy – czasem bardzo odległe – wspomnienie zimy jak z obrazka. Kiedy śnieg okrywał szczelnie wszystko wokół, a słupek rtęci spadający grubo poniżej zera nie był niczym nadzwyczajnym. W takiej sytuacji każdy z nas bez chwili namysłu chętnie przeniósłby się w miejsce, gdzie lato – przynajmniej z perspektywy tej części świata – trwa cały rok. Dziś zimy na nizinach coraz rzadziej raczą nas białym po horyzont krajobrazem, a po
tęgie mrozy trzeba wybrać się daleko na północ. Ucieczka w miejsce, które plażą i słońcem stoi, nie jest więc tak diametralną odmianą jak dawniej, niemniej nadal jawi się jako kusząca perspektywa.

Zaproszenie na trekking w Emiratach Arabskich na początku lutego wydawało mi się szansą na spędzenie kilku leniwych dni może nie w tropikach, ale w każdym razie gdzieś, gdzie znajomość warstwowego systemu ubierania nie jest absolutnie niezbędna. To pierwsze z założeń, które dość szybko musiałem zweryfikować. Było ich nieco więcej… ale po kolei.

Celem wyjazdu była impreza z cyklu Highlander, której bliskowschodnia edycja odbywa się co roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, tuż przy granicy z Omanem. Do wyboru mieliśmy trzy długości trasy. Oczywiście postanowiłem zmierzyć się z najdłuższą, zaledwie (jak początkowo sądziłem) 50-kilometrową. Taki dystans rozłożony na trzy dni nie wydawał mi się w najmniejszym choćby stopniu problematyczny. Zdecydowałem tak również nieco z przekory, bo organizatorzy w materiałach informacyjnych co i rusz podkreślali, że ta wersja jest przewidziana wyłącznie dla osób z dużym doświadczeniem trekkingowym i doskonałą kondycją. Nie przeceniam w swoim wypadku ani jednego, ani drugiego, ale przedstawianie trzydniowego, średniodystansowego trekkingu jako ekstremalnej ekspedycji tyleż mnie frapowało, co wywoływało lekceważący uśmiech.

Pierwsze zaskoczenie przyszło dość szybko. Nie było nim wcale lotnisko w Dubaju, jedno z największych – pod każdym chyba zresztą względem – na świecie. Ulubiony port lotniczy wszelkiej maści samozwańczych ludzi sukcesu nie jest miejscem, które pragnąłem zobaczyć. Owszem, kiedy przemierzałem halę przylotów, przeszedł mi przez myśl jak ulał pasujący do tych okoliczności cytat z Siary. Jednak była to raczej sucha konstatacja niż wyraz zachwytu. Złoto, kryształy, hektary marmuru, drogie butiki – to wszystko w gruncie rzeczy nie jest specjalnie pociągające. Można by pomyśleć, że ZEA są zatem ostatnim miejscem na ziemi, gdzie da się odnaleźć outdoorowe emocje. Tak myślałem i ja, ale kolejne kilka dni przekonało mnie, że stereotypowe wyobrażenie wyrobione na podstawie zdjęć i filmów pasuje tylko do małego wycinka tego kraju.

Ostatnie decyzje przed startem – spakować czy nie spakować?

Kilka godzin po wylądowaniu dotarliśmy do bazy i miejsca, które miało być areną naszych trekkingowych zmagań. Ras al-Chajma jest emiratem, gdzie blichtr Dubaju czy Abu Zabi trudno odnaleźć. Nie jest zupełnie nieobecny, ale łatwiej dostrzec tu obrazki znane z innych arabskich miasteczek niż wielkomiejskie neony i drapacze chmur. Pierwsze dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu popularnych atrakcji turystycznych. Farma pereł wskrzeszająca tradycje sprzed wieków (choć przy użyciu odrobiny nowoczesnych technologii) albo najdłuższa tyrolka na świecie są nieco skażone duchem all-inclusive, ale jedno i drugie z pewnością robi wrażenie.

Wyjazd na miejsce startu, jak na prawdziwą ekspedycję przystało, wymagał pobudki przed 4:00 rano. Do Bear Grylls Camp, w którym odbyła się odprawa, dotarliśmy przed świtem. Ostrożność organizatorów spowodowała, że nie mogliśmy wyruszyć na trasę przed świtem, ale prawdę mówiąc, kilkadziesiąt minut nie zmieniłoby wiele.

Dystans zaplanowany na pierwszy dzień nie był oszałamiający – raptem kilkanaście kilometrów. W górach jednak liczy się jeszcze ta druga wartość, czyli przewyższenie, a to okazało się znaczne, do pokonania mieliśmy bowiem ponad 2000 metrów w pionie. Nawet w Tatrach niełatwo zrobić taki wynik w kilka godzin. Grupa, która wyruszyła zaraz po wschodzie słońca, dość szybko ze zwartego szyku rozciągnęła się na tyle, że momentami można było na szlaku doświadczyć zupełnej samotności.

W górach Al-Hadżar niewiele jest znakowanych tras. Większość z nich to mniej lub bardziej wyraźne ścieżki meandrujące w stromych wąwozach i zygzakujące po kamienistych zboczach. Kamienie to zresztą słowo klucz w przypadku trekkingu w tych rejonach. Piaskowożółte, ostre, wapienne głazy są jedynym, co wypełnia przestrzeń dokoła. Bez śladu gpx trudno byłoby odnaleźć właściwą drogę, bo ścieżka nieustannie rozdziela się i krzyżuje z innymi. W połowie czekał na nas punkt żywnościowy, a choć butelka z izotonikiem w upale, do którego jeszcze nie zdążyłem się przyzwyczaić, była mile widzianą atrakcją, to znacznie ważniejsze okazało się potwierdzenie, że nie zboczyłem z trasy.

Przez trzy dni nie spotkaliśmy nawet najwątlejszego strumyka

Na przełęcz przewidzianą na obóz dotarliśmy późnym popołudniem. Nikt raczej nie spieszył się nadzwyczajnie, wiedząc, że czasu jest pod dostatkiem. Większość z nas zatrzymywała się tu i ówdzie, podziwiając widoki. Prawdziwym wyzwaniem okazało się rozbicie namiotu. Kamieniste, nieprawdopodobnie wręcz twarde podłoże wymagało pewnej kreatywności. Porywisty wiatr nie ułatwiał sprawy. Sporo uczestników trekkingu odpuszczało po kilku próbach samodzielnego zmagania się z namiotami i czekało, aż znajdzie się ktoś, kto im pomoże.

Wieczór upłynął, jak zawsze w takich okolicznościach, na rozmowach i delektowaniu się lokalną kuchnią. Nazajutrz czekał nas dwukrotnie dłuższy dystans, więc po doświadczeniach pierwszego dnia niemal wszyscy zdecydowali się pójść spać dość wcześnie. Wiatr, który ani na chwilę nie odpuszczał, też nie dawał perspektywy spokojnej nocy. Po dwudziestokilkustopniowym upale (takim w każdym razie wydawał się z perspektywy kogoś, kto kilka dni wcześniej nie rozstawał się z czapką i rękawiczkami) jednocyfrowa temperatura spowodowała, że zawinąłem się szczelnie w śpiworze, gratulując sobie w myśli zabrania modelu z komfortem lekko powyżej zera.

Drugi dzień, mimo że spędziliśmy go w tych samych górach, był niemal zupełnie inny. Zniknęły ślady cywilizacji, a szlak prowadził grzbietami kolejnych wzniesień. Ścieżka gpx miała 17 kilometrów, ale w rzeczywistości dystans okazał się niemal o połowę dłuższy. Tego dnia jednak więcej czekało nas zejść niż podejść. Tu organizatorom należą się słowa uznania. Dzięki temu, że nie starali się dać nam wycisku, który zapamiętalibyśmy do końca życia, mogliśmy podziwiać widoki. A te były naprawdę zachwycające.

Na skalnych ścianach jak na dłoni widać geologiczną historię rejonu

Góry Al-Hadżar są zbudowane głównie z wapienia i dolomitów, ale biegli w geologii jednym tchem nazwaliby jeszcze tuzin rodzajów skał, które można tam znaleźć. Żółtawe ściany są więc poprzecinane różnobarwnymi warstwami. Nie są to peruwiańskie góry tęczowe, ale nazwanie krajobrazu monotonnym byłoby grubą przesadą. Na dodatek z jednej strony stoki opadają łagodnie, a z drugiej za krawędzią zionie czasem kilkusetmetrowa lufa. Przede wszystkim jednak jest niewiarygodnie wręcz pusto. Prawie zupełnie brak infrastruktury turystycznej – schronisk, wiat, czy nawet oznaczeń szlaku. Jednych może to odstręczać od zapuszczania się w te góry, ale dla innych będzie główną motywacją. Wyzwaniem w takim miejscu na pewno jest zabranie ze sobą odpowiedniego zapasu wody, ale poza tym, dla kogoś, kto lubi wędrówki z dala od cywilizacji, Al-Hadżar mogą być rajem.

Drugi wieczór spędziliśmy w zupełnie magicznym miejscu. Położona między dwoma grzbietami dolina była jedynym w okolicy miejscem, gdzie przyroda stawiała czoła pustynnemu klimatowi. Nie znaczy to absolutnie, że nagle zrobiło się zielono. Tu i ówdzie rosły jednak fantazyjnie poskręcane drzewka, a na brzegach wyschniętego koryta rzeki dostrzegaliśmy ślady roślinności. Rozbijanie namiotów ponownie sprawiło trochę kłopotu. Tym razem mieliśmy jednak do dyspozycji znacznie większy obszar i dało się znaleźć miejsce na wciśnięcie śledzi pomiędzy kamienie. Rano wystarczyło po prostu wydostać się z doliny na grzbiet i zejść do mety. Trzygodzinny spacer był zdecydowanie za krótki. Prawdę mówiąc, najchętniej wróciłbym i przeszedł całą trasę w drugą stronę.

Trzy dni spędzone w górach Al-Hadżar tylko wzmogły mój apetyt na eksplorowanie tej części świata. To nieoczywiste, surowe, ale naprawdę urzekające miejsce. Nieodkryte przez agencje turystyczne, które każdą atrakcję natychmiast wyposażają w monstrualny parking oraz sklep z tandetnymi pamiątkami i uruchamiają sprawdzony schemat gwarantujący krociowe zyski. Nie tylko w Al-Hadżar, ale w ogóle w emiracie Ras al-Chajma tego nie ma, a w każdym razie skala jest nieporównywalna z tym, czego można doświadczyć w metropoliach. Na dodatek wycieczka na kraniec ZEA nie jest wcale wyprawą nadzwyczajnie kosztowną. Do Dubaju i Abu Zabi latają gęsto tanie linie lotnicze, a ceny na miejscu wcale nie odstają mocno od europejskich i w rezultacie spędzenie kilku dni w tej okolicy może nie być znacząco droższe niż trekking w Alpach czy Pirenejach.

Organizatorzy obiecują uczestnikom, że udział w Highlander będzie dla nich przygodą życia. Choć tego nigdy nie można zagwarantować, trekking w tych rzadko odwiedzanych górach z pewnością będzie czymś absolutnie wyjątkowym i niezapomnianym. To naprawdę doskonały sposób, żeby oderwać się choć na trochę od zimowej szarzyzny i pooddychać pachnącym tajemnicą powietrzem.

Przyszłoroczna edycja Highlander RAK odbędzie się w dniach 6–8 lutego. Szczegóły znajdziecie na stronie: highlanderadventure.com.

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2025