Sylvia Petronella van der Moer, córka zubożałego barona, w 1949 roku trafiła nad złotonośne rzeki, uciekając przed karą za niezapłacony rachunek w Helsinkach. W Ivalo wymieniła ubrania na coś bardziej stosownego do Arktyki i ruszyła wzdłuż Ivalojoki. W Kuttura ktoś dał jej kalosze. Dotarła do Morgamoja w dolinie Lemmenjoki w okresie największej gorączki złota i znalazła pracę jako pomocnica górnika. Bezpiece udało się ją rozpoznać w Ivalo, kiedy sprawdzała, czy wpłynęły pieniądze za napisane wcześniej teksty dla gazet. Aresztowano ją i zabrano do Helsinek. Skazano na grzywnę i wydalenie z Finlandii.
Tekst i zdjęcia / KATARZYNA NIZINKIEWICZ
Zdjęcie otwarcia / Wzgórza w Lemmenjoki
WIĘZIENIE ZA BIMBER
Przez okna widać bezkresny śnieg i rzekę Ivalojoki porysowaną śladami skuterów. Lotnisko białe, nieodśnieżone. W informacji udaje mi się dostać mapę. Na szczęście, bo zgubiłam wydruki. Idziemy rzeką. Z początku szeroką, ślady skuterów skręcają kolejno do przybrzeżnych domków i w końcu prowadzi nas tylko jeden. Skrzypi śnieg. Przecinamy nartami odciski racic, za zakrętem spotykamy renifery. Błyszczą pozamarzane bystrza. Wokół słońca pojawia się halo. Odciski łap lisa wędrującego śladem skutera zbaczają w stronę sosenki (trzeba obsikać) i zaraz my też zbaczamy. Na stoku rysuje się narciarski ślad, wyschodkowane dojście do chatki. Wdrapujemy się z trudem. Pulki są ciężkie, brzeg rzeki stromy. Louhioja ma prawie 100 lat. Zbudowali ją poszukiwacze złota pod koniec lat 20. XX wieku. Drzwi są odkopane, gaz odpięty z butli. Na ścianie instrukcja podłączania. Studiujemy, próbujemy i nic. Nie udaje nam się użyć kuchenki. Dobrze, że mamy swoje palniki. W chatce jest mróz, około –10 C. Pogrzejemy ją powyżej zera. Nocą temperatura spadnie, rano już nie rozpalimy, szkoda dnia. Przez chwilkę świeci słońce, potem zaczyna padać śnieg.
Do Ritakoski jest tylko kilka kilometrów, ale szkoda nam ją pominąć. Chatka powstała w 1910 roku. Wybudowana przez legendarnego górnika, Heikkiego Kivekäsa – jego zdjęcie nadal wisi na ścianie. Wykarczował polanę, kiedyś pole do uprawy warzyw i zbóż. Miał młyn. Gdy wydobycie złota okazało się niedochodowe, trafił do więzienia za produkcję bimbru i tam zmarł. Tuż za chałupką zaczynają się pierwsze bystrza. Skuter, po którego śladzie dotąd szłyśmy, uciekł w las. Wpadamy w wytopione miejsca, w miękką breję. Agnieszka ją omija, ale narty i tak zostawiają wodnisty ślad. Co jakiś czas słyszymy tąpnięcie. Podejrzewam warstwy śniegu na lodzie, widocznym czasem na odsłoniętych krach. Trzymamy dystans. Temperatura rośnie i śnieg zaczyna się kleić do nart.

BIAŁY RENIFER
Ivalojoen Kultala powstała w 1870 roku. Dwa lata wcześniej fiński rząd, jeszcze pod władzą carskiej Rosji, wysłał ekspedycję w celu poszukiwania złota w Laponii. Już po kilku dniach badacze byli przekonani, że znaleźli wielkie złoże. Następnego lata dwóch doświadczonych górników wypłukało tu dwa kilogramy kruszcu. To rozpoczęło złotą gorączkę. Nad Ivalojoki ściągnęły setki poszukiwaczy, dzięki czemu Kultala stała się największą (niemiejską) osadą północnej Finlandii. W latach 1882–84 prowadzono tu badania zorzy i jeden z naukowców zimował w wiosce. Odrestaurowane w latach 70. budynki są otwarte, ale puste. Kawiarnia, biuro, stodoła… Niewiele się od siebie różnią. W chatce jest dobra nowa koza. Jest nam ciepło.
Dalej już nie ma śladów. Znikł nawet ten ledwo widoczny po nartach, który towarzyszył nam w ciągu poprzednich dni. Jak wywnioskowałyśmy z chatkowych książek, to dwóch Czechów. Szli kilka dni przed naszym przyjazdem i niespodziewanym ociepleniem (które przyszło jak na zamówienie – dla nas…). Próbuję torować przez kopny śnieg, ale zapadam się. Moje narty są miękkie, w takich zaspach mocno się gną i każdy krok jest bardzo pod górę. Zakładam foki. Nie pomaga. Ryję głęboki rów, pulka mi się w nim wiesza. Agnieszka mnie wyprzedza – jest lżejsza, nie zapada się tak głęboko. Idziemy przez bystrza powoli, znajdujemy ślad Czechów, ale musimy go zaraz opuścić. Weszli w koryto rzeki, po kilku dniach wysokich temperatur pokryte cienkim lodem lub miękką mazią, znaną nam już i podejrzaną. Nie wiemy, co zrobili dalej. Już nie trafimy na ślad nart, więc możliwe, że zawrócili.
My też kluczymy, szukamy lepszych przejść przez nurt. Co jakiś czas widzimy wodę. Rzeka jest głęboka i szybka. Przerażająca. Świeci słońce, śnieg się klei do nart. Pulka też (oczywiście) obrasta. Zapadam się. Zostaję z tyłu. Nagle zamieram. Na brzegu porusza się jakiś zwierzak. Wygląda, jakby wykopywał się z zasypy – spał w śniegu. W pierwszej chwili myślę, że wilk… Zwierzę wstaje, otrząsa się i rusza w stronę Agnieszki. Zapadnięte po brzuch. Renifer. Jasny, prawie biały, bez rogów. Czyli niekastrowany samiec. Aga wyciąga rękę. Renifer podchodzi, wącha rękawicę, skłania głowę. Odwraca się do nas tyłem, przechodzi kilkanaście metrów po ledwo widocznym odcisku skutera. Staje, zerka, znacząco pochyla łeb: „Macie iść tak jak ja. Rozumiecie?”. Potwierdzamy. „Nie zejdziemy już z tego śladu. Będziemy się go trzymać” – obiecujemy. Renifer z ociąganiem uznaje, że damy radę. Mija nas, brnąc w miękkim śniegu i odchodzi po naszym śladzie. Z kilometr dalej widzimy na brzegu chatkę. Jest wcześnie, dopiero po czwartej. Przeszłyśmy sześć kilometrów. Do kolejnej, która i tak miała być zamknięta, zostało nam jeszcze osiem.
– Gdybyśmy wyszły wcześnie rano, śnieg byłby zmarznięty po nocy, mocniejszy i mniej ryzykowny – mówię.
To dobry argument. Schodzimy na brzeg. Chatka jest stara, zasypana po dach, zapadnięta. Stoją przy niej drewniane narty, oparte pewnie kilkadziesiąt lat temu. Bardzo długie, czuby wystają ponad nawiany śnieg. Dalej jest sauna, malutka. Zbudowana z bali uszczelnionych mchem. Jemy tam, topimy śnieg. Zbieramy górę chrustu, ale nie udaje nam się rozpalić pieca. Drewno zbyt mokre. Pomimo braku ogrzewania wewnątrz jest koło zera. Agnieszka wciska się jakoś pod stół, ja się nie mieszczę. Nie da się przesunąć balii do płukania złota. Wrosła w grunt. Nie chce mi się stawiać namiotu, więc kładę się po prostu na śniegu. Niebo jest czyste, marzy mi się zorza. Mam ciepłe ubrania, gruby śpiwór. Nocą temperatura spada do –22°C. Nie ma zorzy, ale pojawia się halo. Wielkie (46 stopni), złożone z dwóch obróconych pierścieni. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.
Po mroźnej nocy śnieg jest twardy i szybki. Po wyjściu na słońce lodzi się obiektyw. Co chwilę wyciągam go i chowam. Brzózki, oszronione, skrzące się najładniej, kiedy oświetlone od tyłu. Jednakowe, ale długo nie mam ich dość. Aga też oszroniona. Zamarza pot wydostający się przez ubrania, para z oddechu, katar w nosie.

JEDYNA FINKA W KUTTURA
Już się nie zapadam, pulka ślizga się po powierzchni jak trzeba. Rzeka, początkowo szeroka, wbija się w kanion. Niewysoki, ale skalisty i wąski. Bystrza pełne przysypanych kamieni w śniegowych czapach, jak dorodne bezy. Ślad zasypany, niewidoczny, wyczuwalny troszkę pod nartą. Nie wiemy, jak iść, więc obserwujemy zwierzęta. Lis, zając, renifer… Każdy tu wędruje śladem skutera. Odciski łap czasem odrobinkę zbaczają, jakby obchodziły jakieś słabe miejsce. Powtarzamy tę czynność. Wierzymy im.
Dolina poszerza się. Rzeka musi tu być dość spokojna. Z odległości kilku kilometrów widzimy drogowy most w Kutturze. Przed nim przeręble. Wieś jakby schowana. Do domów skręcają wąskie uliczki. Wszystko białe, idealne, czyste. Nie widać ludzi. Odczepiamy pulki, wypijamy resztki z termosów. Nie wiemy, co robić. Liczyłyśmy, że się dowiemy w Kutturze. Tylko od kogo? Drewniane domy, kilka szczekających psów. Samochód nieruszany od lata. W saniach dwa zabite renifery. Aga puka do jednych z wielu drzwi. Za szybą widzimy starszą panią. Długo trwa, zanim otworzy, jeszcze chwilkę, zanim nas zrozumie… Zrozumie, że nie zrozumie – nie mówimy po fińsku. Jest miła, zaprasza na herbatę. Gdzieś dzwoni, rozsuwa firankę. Niebawem przyjeżdża młodsza kobieta. Bardzo surowa.
– I mam wam powiedzieć, którędy iść? To odpowiedzialność! Co, jak zginiecie?
– Nic nam się nie stanie, uważamy. – Broni nas Agnieszka, ale nie mamy argumentów.
– Przyszłyście rzeką, nie omijałyście bystrzy lasem?
– Rzeką…
– Co za pomysł! Przecież lód nie jest wystarczająco mocny! Nie powiem wam, ale zapytam męża. Ma więcej doświadczenia, jak zechce, to wam poradzi.
W cieple, we własnej kuchni Terhi szybko się rozchmurza. Prowadziła naukowe badania w Laponii. Zakochała się. Została. Zostawiła za sobą karierę. Słuchamy. Za oknem robi się coraz ciemniej.
– Nie mam czasu! – Przypomina jej się.
– Obiecano mi napisać artykuł, ale muszę wysłać zdjęcia do piątku.
– Kasia jest fotografką – rzuca Agnieszka.
– Prawdziwą? Przytakuję – to zmienia postać rzeczy!
Nocleg za zdjęcia. Zgadzamy się. Karmimy renifery, jeździmy na sankach, palimy na rzece ognisko, tradycyjne z jednej drewnianej kłody. Na kolację jemy renifera i borówki. Nie mamy siły skorzystać z sauny. Terhi jest w Kutturze jedyną Finką. Wieś to w zasadzie jedna rodzina. Kiedyś mieszkali w Norwegii i przyganiali tu renifery na lato. Tu zastało ich zamknięcie granicy, więc zostali Finami i musieli się osiedlić. Wybrali odludzie.
Internetowy przewodnik po Finlandii utrzymuje, że prezydent Urho Kekkonen, wędrując tędy kiedyś na nartach, obiecał mieszkańcom drogę i most. I obietnicy dotrzymał. Z tym że wraz z szosą zbudowano telewizyjny maszt, i to dla niego w zasadzie ta inwestycja.

LUKA W HISTORII
Rano stawiamy się na rozmowie wystraszone, jakby to był egzamin. Mąż Terhi – Saam, hodowca reniferów – wyjaśnia, że droga do Repojoki, którą sobie dorysowałyśmy na mapie, jest nieprzejechana. Że nie możemy już dłużej iść rzeką, ale pod linią wysokiego napięcia znajdziemy ślad skutera. Prowadzi do szosy numer 955. To dobra wiadomość. Zła, że reniferowy płot, wzdłuż którego chciałyśmy wdrapać się ponad las na Morgam Vipus, żeby zejść stamtąd do Morgamoja, jest płotem wewnętrznym kolektywu. Czyli nie musi być regularnie naprawiany i nikt wzdłuż niego zimą nie jeździ. To miejsce było luką w historii Petronelli. Rzeki Ivalojoki i Lemmenjoki dzieli w linii prostej 40 kilometrów. Nie odkryłyśmy, jak je pokonała.
Ruszamy z nadzieją, że los rozwiąże problem. Sypie. Las osłania przed wiatrem. Skuterowy ślad musi mieć kilka dni, miejscami jest już zawiany, śnieg jest mokry i wyglądamy jak bałwany. Szlak wspina się na wzgórza, przekracza bagna. Jedno z drzew jest świeżo podrapane pazurami, jakby niedźwiedź już się obudził i zaznaczył teren. Ślad kończy się zasypanym skuterem. Wyżej las się przerzedza, drzewka karleją. Nawigacja pokazuje, że jesteśmy blisko wieży telewizyjnej, do której na mapie prowadzi bita droga. Mijamy bagna. Światło robi się coraz bardziej niebieskie, śnieg coraz gęstszy. Zastanawiam się, gdzie rozbić namiot. I zauważamy latarkę. Migocze przez krzaki za rzeczką. Człowiek! Otwiera szlaban na moście. Z bliska widzimy skuter i przyczepę.
– Zabiorę was nad Lemmenjoki, tylko zaczekajcie, aż wezmę zepsuty skuter. Czekamy.

PARK
Od czasów Petronelli Lemmenjoki z dziczy stało się znanym miejscem. W 1956 roku utworzono tu park narodowy, największy w Finlandii i jeden z największych w Europe. Nie wygoniono poszukiwaczy złota – ich tereny włączono do parku dopiero w 1970 roku, nadal pracuje tu około 100 osób – ale ściągnięto turystów, ponad 10 000 rocznie. Powstał kemping. Nocujemy tam i ruszamy do Radavasjarvi. To duża chatka z dwoma salami. Latem na pewno jest tu tłok. Teraz, oprócz nas, dwie osoby. Nie wychodzą, żeby popatrzeć na zorzę.
Rano jezioro jest pozamiatane przez wiatr. Pogoda mętna. Zbocza bardzo strome. Dobrze, że jednak nie szłyśmy przez Morgam Vipus i Petronella raczej też tędy nie zeszła. W kaloszach… Kultahamina leży na skarpie, w gęstym lesie. Budynek nowy. Wokół mnóstwo ośnieżonych quadów należących do poszukiwaczy złota. W chatce stosik wydawanych przez nich gazet („Prospector”). Obok śnieżna jama wybudowana dla zabawy. Nocą trochę się przejaśnia, księżyc wschodzi otoczony wieńcem. Śnieg rano jest dobrze zmrożony. Odchodzimy od rzeki. Droga wspina się sosnowym lasem. Drzewa są oszronione, szlak letni, znakowany na drzewach. Przetarty. Podchodzę tylko na „łusce” jak Agnieszka i trochę się ześlizguję. Wcześnie docieramy do Morgamoji. W piecyku żar zostawiony przez poprzedników. Mieszane towarzystwo. Panie wydeptały ślad do toalety, panowie obsikali cały teren. Przetorowali też dojście do rzeczki. Woda z niej smakuje lepiej niż topiony śnieg.

GORĄCZKA PÓŁNOCY
W 1949 roku Morgamoja stała się sławna. W całej Finlandii pokazywano dokumentalny film. Napływali górnicy, turyści i poszukiwacze szczęścia. Założono związek zawodowy górników (Lapland Gold Diggers Association, wpisowym były dwa gramy złota). Przez całe lato Petronella pracowała tu jako pomocnica kucharza. Podawała kawę na historycznym założycielskim spotkaniu związku. Kiedy niespodziewanie zniknęła, górnicy szukali jej przez całe lata. Jej imieniem nazwano najbliższe wzgórze i ta nazwa nadal figuruje na mapie – Góra Petronelli. Weszłyśmy na nią wieczorem na nartach. W 1950 roku Morgamoję rozbudowano. Ale złota ubywało, cena spadała, górnicy rozjechali się. Budowniczy chatki zginął w 1953 roku, zastrzelony w Inari.
Świt wspaniale pobiela brzózki, idziemy w kierunku siedzib współczesnych górników. Bez szlaku wyłazimy ponad las na łyse górki. Jest wietrznie, śnieg tworzy pasiaste zaspy. Po horyzont pozornie bezludna pustka, ale nadjeżdża skuter. Hodowca reniferów tłumaczy nam, jak dalej iść. Teren należy do kolektywu Sallivaara, pasie się tu 7500 zwierząt. Widzimy kilka swobodnie chodzących grup. Wioska poszukiwaczy złota zimą wygląda na opuszczoną. Zasypane domki, ośnieżone koparki. Koryto rzeczki zmienione, rozkopane, teraz wygładzone przez biel. Pomarańczowe słupki letniego szlaku, czasem widoczne spod zasp, skręcają w prawo. W zawiei widzimy domek, jakby wynurzony z mgły. To lotnisko, nadal służące poszukiwaczom złota. Przedsionek zasypany, nawiało przez nieszczelne drzwi. Na ścianach pełno starych zdjęć i map. Siadamy tam na chwilę odpocząć. W dół prowadzi narciarski ślad. Dobrze, bo ścieżki nie ma na mapie. Tak jak sądziłyśmy, doprowadza nas do Máttit Ravadas. Chatka nowiutka, pachnąca świeżym drewnem. Rzeczka nie zamarzła na bystrzach i udaje mi się nabrać wody wiadrem. Noc jest ciemna i ciepła. Bez zorzy.

Z POSZUKIWACZAMI ZŁOTA
Ranek pochmurny. Śnieg klei się do nart, smarujemy, ale niewiele to daje. Pada. Docieramy do szlaku poszukiwaczy złota. Biegnie lasem, potem wąskim kanionem do ciągu wywianych jezior. Po południu pogoda się poprawia. Wieje, chmury pędzą, cienie przesuwają się po lesie. Jest pięknie. Na gałązce widzę torbę foliową. Czarny worek. Chcę zabrać, bo to śmieć, ale Agnieszka podejrzewa, że szlakowy znak. Rzeczywiście, teren jest mylny, kępy drzew w połaciach śniegu – pewnie bagna. Rozglądam się i słyszę silnik. Na kempingu ostrzegano nas, że górnicy ciągają teraz ciężkie przyczepy i nie mogą ani się zatrzymać, ani zjechać z ubitego śladu, więc zeskakujemy w bok, w kopny śnieg. Wpadamy do kolan. Tak nas zastają trzej zamaskowani mężczyźni.
– Podwieźć was? – Stają zdziwieni.
Wsiadamy, może już nigdy nie zdarzy nam się podróżować z poszukiwaczami złota. Od lat 90., kiedy cena kruszcu znów wzrosła i napłynęła nowa fala górników, ich interesy ścierały się z obrońcami przyrody. Maszynowe wydobycie oskarżano o zanieczyszczanie rzek. Błotem, ale podobno cierpiały ryby (i turyści – czyli współczesne złoto). Zgodnie z prawem ciężki sprzęt musi zostać usunięty w tym roku. Zostaną tradycyjne metody, łopaty, patelnie. Agnieszka siada za kierowcą pierwszego skutera, ja – drugiego. Ciągniemy ogromną rurę, wolno, bo się grzeją silniki. Lasem przebiega łoś… I już Njurkulahti. W barze podają drink „Petronellen kukkulat”. Weekend i wszystkie miejsca zajęte. Musimy iść, chociaż zbliża się noc.
Petronella zmarła w 2014 roku w San Francisco. Prosiła o rozrzucenie jej prochów nad Lemmenjoki. „Lemmen joki” w dosłownym tłumaczeniu z fińskiego znaczy ‘rzeka miłości’. W języku Saamów była Gorącą Rzeką.
Artykuł został opublikowany w 288 (5/2022) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



