Czerwony namiot rozbity na arktycznym lodzie stał się naszym jedynym schronieniem na zagubionym fiordzie. W rogu leżała strzelba na niedźwiedzie, a na zewnątrz cztery wory transportowe ze sprzętem i jedzeniem dla dwóch osób na trzydzieści dni. Wyłączyliśmy huczący palnik i w nagłej ciszy zaczęliśmy siorbać herbatę, zagryzając cukierkami. Tam, gdzie osadziła się para, natychmiast pojawił się lód, a odrobina rozlanej wody zesztywniała w abstrakcyjnym białym kształcie, który kojarzył mi się z niedźwiedziem polarnym. Naciągnęliśmy kaptury i skuliliśmy się w głębi śpiworów. Początek kwietnia na Ziemi Baffina wydawał nam się najzimniejszym piekłem na ziemi, ale przed zamknięciem oczu pogratulowaliśmy sobie, bo właśnie spełniło się nasze marzenie – dotarliśmy pod Polar Sun Spire.

⁕⁕⁕

Od chwili wejścia w ścianę wołaliśmy do siebie ReganYeti. Nasze normalne imiona zostały gdzieś na dole, na fiordzie, a może nawet dalej: w domach, w pracy, w tym wszystkim, co robiliśmy dotychczas. Opuściliśmy brzegi, wyruszając na nieznany ocean arktycznego granitu. Daleko za plecami zostały niebieskie twarze w internetowych nocach, niespisane rachunki sumienia, gazety pełnie nieszczęść i tragedii, zabiegane myśli i niedokończone sprawy. Wszystko to, od czego chcieliśmy uciec, ale i do czego chcieliśmy uciec.

Pierwsze godziny w ścianie były nerwowe i chaotyczne. Z jednej strony koniecznie chcieliśmy się szybko wspinać, tak jakbyśmy mieli na tę ścianę tylko jeden dzień, a z drugiej nie byliśmy zgrani w rytmie i komendach. Nigdy wcześniej nie wiązaliśmy się liną, więc potrzebowaliśmy czasu i cierpliwości na oswojenie. Czułem spokój, nieustannie wpatrując się w czerwone rysy kończące się gdzieś nad zadartą głową na granicy nieba. Pierwsze kilka wyciągów stosunku do całej ściany było jak zaczerpnięcie dłońmi wody z bezkresnego oceanu.

Trzy dni później, po nocnych opadach śniegu dźwigaliśmy wory, podchodząc do pierwszej poręczówki. Wspinając się do liny, myślałem, że najcięższą robotę mamy za sobą, ale dopiero holowanie naprawdę mnie wykończyło, więc wieczór przywitałem z ulgą, a pierwszy biwak w ścianie odczułem jak medytacyjny wdech ze wstrzymaniem powietrza, po którym nabraliśmy rytmu i spokoju. Następnego ranka, mimo padającego śniegu i lekkiego wiatru, byliśmy w świetnych humorach. Odtąd nasz zostawiony na fiordzie namiot będzie jak znikający punkt. Każdego dnia, po każdym wyciągu coraz mniejszy i mniejszy. Nareszcie przyszło to charakterystyczne uczucie oderwania się, zejścia z utartego szlaku, opuszczenia brzegu. Coś jak rozpoczęcie wędrówki po bezdrożach. Wędrówki, która uspokaja i wycisza. Jej pierwsze kroki zawsze są naznaczone niepokojem i dysharmonią, ale zaraz potem niecierpliwość ustępuje radości odkrywania.

Rano Yeti wpiął się w poręczówki i pognał do góry. Już parę dni temu poprowadził efektowny pasaż M7+, a teraz, jakby metr za metrem, stawał się coraz bardziej zaangażowany, napierający, głodny wspinania. Doszedłem do niego i niemal natychmiast zaczęliśmy następny wyciąg. Posuwał się pewnie i szybko, kiedy nagle czekan wyleciał z rysy i spadające ciało błyskawicznie szarpnęło liną. Yeti cudem uniknął uderzenia głową o półkę, sprawdził, czy otarty nos nie krwawi i głęboko wciągnął powietrze. Wymownie spojrzeliśmy na siebie, ale za chwilę, bez złorzeczenia i narzekania, Yeti podszedł na linie i ruszył dalej w tym samym równym rytmie.

Następnego dnia moje prowadzenie przypadło na kruche zacięcie. Zanim przełożyłem przelot, musiałem usunąć luźne kamienie i oczyścić rysy. Cały gruz zsypywał się najpierw na moją nową kurtkę, a później w dół, gdzieś w otchłań. Chyba właśnie wtedy pierwszy raz kamienie przecięły linę i przedziurawiły rozpięty poniżej portaledge. Nie zastanawiałem się, tylko usuwałem wszystkie luźne odłamki, zakładałem camy, wbijałem beaki i metr za metrem zbliżałem się do półki na następne stanowisko. Do asekuracji używaliśmy niemal wyłącznie camów i beaków, bo normalne haki nie trzymały. Stopniowo przyzwyczajaliśmy się do tego, że większość rys to expando otwierające się przy obciążeniu. Następny dzień przyniósł kolejne przecięcia liny. W końcu założyliśmy drugi biwak, wciągając ciężkie wory. Camp II niemal od początku wydawał mi się trochę depresyjny – zimny, w głębokim cieniu, a w dodatku nad nami sterczały przewieszone skały Banana. Ale ponieważ nigdy nic nie jest tylko złe albo tylko dobre, tak i my mieliśmy tam swoją codzienną radość. W bezchmurne wieczory świeciło zachodzące słońce. Przez całe darowane nam 20 minut wystawialiśmy twarze i cieszyliśmy się złotym światłem…

⁕⁕⁕

Obudziłem się o piątej. Nie czekałem na świt, bo arktyczny dzień o tej porze roku prawie się nie kończy. Yeti jeszcze spał, ale nie chciałem go budzić, bo miałem ochotę na odrobinę samotności. Sami byliśmy tylko wspinając się, w czasie snu, na poręczówkach lub na stanowisku. Moja potrzeba samotności nie była skierowana przeciw nikomu, a zwłaszcza przeciw Yetiemu. To taka tęsknota za czymś własnym, za szczyptą prywatności wobec zamknięcia w przestrzeni portaledge’a.

Kiedy Yeti otworzył oczy, rozpoczął się codzienny rytuał – kawa, narzekanie na bolące mięśnie, łokcie, ścięgna, rozgrzewająca owsianka z owocami, podział batonów na przekąski i omówienie planu dnia. Mieliśmy się już zbierać, kiedy Yeti postanowił sprawdzić stopy. W portalu było jeszcze ciepło po gotowaniu, więc zaraz po wyjściu ze śpiwora szybko ściągnął skarpety. Już na pierwszy rzut oka widać było woskową biel palców. Dopiero po godzinie rozcierania wróciło krążenie w obu stopach, bo okazało się, że w drugiej był ten sam problem. Odmrożenie mogło zniweczyć wszystkie nasze plany, więc czas poświęcony na rozgrzewanie nie był stracony.

Zazwyczaj chwile podczas dopijania ostatniej kawy rezerwowałem sobie na pisanie, koślawie bazgrając w niewygodnej pozycji. Jednak tego dnia nie miałem na to ani czasu, ani nastroju. Z zewnętrznego wora wyciągnąłem skorupy butów, złożyłem kuchenkę i uzupełniłem butelkę z paliwem, tak żeby po wspinaniu nie zwracać sobie tym głowy. Zaraz potem zawiesiliśmy się na linach i wymałpowaliśmy do końca poręczówek.

⁕⁕⁕

Po następnych dniach wspinania w czerwonych skałach Banana mieliśmy dość kruszyzny, spadających kamieni, ostrych krawędzi, które przecinały liny, i wiszących nad głową przewieszonych skał. Plan dnia zakładał dojście do miejsca na Camp III i przygotowanie do holowania nazajutrz. Liny poręczowe wisiały swobodnie, tylko czasem dotykając ściany. Prawdę mówiąc, małpowanie po poręczówkach było najgorszą częścią dnia. Już na początku ból rozgrzewanych dłoni zatrzymywał nas na linie. Uderzaliśmy dłońmi jak opłaceni klakierzy na kiepskim przedstawieniu. Im dłużej czekałem na powrót krążenia, tym dłużej odpoczywałem. Kiedy przepinaliśmy się trzeci, czwarty, piąty raz, robiło nam się gorąco. Mniej więcej po trzeciej przepince od przeciążenia stawów czułem, jakby ktoś wyrywał mi ramiona. Niemal każdego dnia spadające kamienie i ostre krawędzie przecinały koszulki liny, więc musieliśmy wiązać węzły zabezpieczające. Kiedy skończyliśmy wspinanie w Boomerangu, było ich pełno, co bardzo spowalniało tempo wchodzenia, a później zjazdów.

Po półtorej godziny małpowania, rozgrzewania i odpoczynków byliśmy gotowi do prowadzenia. Yeti nakładł sprzętu i przewinął się przez krawędź zacięcia, wchodząc do stromej depresji. Kiedy doszedłem do stanowiska, z niedowierzaniem spojrzałem na jego zalodzoną twarz. Zimno jak nigdzie indziej na tej ścianie zatykało oddech i odbierało chęć do wspinania. Przez lekki wiatr mróz stawał się nie do wytrzymania. Yeti miał zalepioną lodem brodę, nos i sklejone rzęsy. Nazwał to miejsce Lodówką.

Na stanowisku odliczałem przykurcze palców u stóp, broniąc się przed paraliżującym zimnem. Dopiero po dwustu wracało krążenie, a powtarzałem je nieustannie, do bólu i zmęczenia. Krążenie w stopach utrzymywaliśmy dzięki podwieszanej ławeczce, która odciążała uprząż uciskającą uda i tamującą przepływ krwi. Po paru godzinach siedzenia krzyk Yetiego przerwał trans odliczania skurczów palców i wyrwał mnie z otumaniającego zimna. Wchodzenie po linie było jak wyzwolenie z otchłani mrozu. Doszliśmy na wschodnie żebro, z którego widać było headwall przecięty dwoma pięknymi rysami. Jedna z nich czekała na nas. Krzyczeliśmy z radości

⁕⁕⁕

Holowanie do Camp III przypomniało mi historię Syzyfa. Wory klinowały się, a ich ciężar zwiększał się z każdym wyciągiem, po dodaniu kolejnej zwiniętej liny. Coraz większy ból rąk, stawów, ścięgien przeplatany z utratą czucia i rozgrzewaniem. Kiedy weszliśmy do Lodówki, każdy metr przeciągania był walką z pyłówkami, zimnem i haczącymi się worami. Przestaliśmy do siebie mówić. Wątpiłem, czy jestem w stanie kolejny raz wyrwać wory spod przewieszek, ale zawsze w momencie, kiedy choć trochę je ruszyłem, Yeti dokładnie to wyczuwał i podciągał o parę centymetrów do góry. Mróz zatykał oddech, a palce u rąk i stóp nie chciały do mnie wracać. Dzień, w którym wydostaliśmy się z Boomeranga, trwał 21 godzin. O 3.00 w nocy zaczęliśmy rozkładać portal i gotować. Nad nami otwierała się piękna ściana – jakże inna od terroru czerwonego zacięcia, o którym chcieliśmy już zapomnieć.

⁕⁕⁕

Postanowiliśmy zrobić sobie wolne. Dzień odpoczynku przypadł na niedzielę – słoneczną i leniwą. Piliśmy do granic możliwości, objadaliśmy się słodyczami i obfitym posiłkiem z dodatkowego liofa, a na końcu połknęliśmy tabletki przeciwbólowe. Kiedy ból w dłoniach i ramionach stopniowo ustępował, pisaliśmy notatki, smsy i opowiadaliśmy sobie historie z innych ścian – Tatr, Alp, Patagonii, Alaski, Yosemitów. Tak rozpaliły naszą wyobraźnię, że zaczęliśmy snuć wspólne plany na przyszłość. Pod koniec dnia z paru wybujałych marzeń wybraliśmy odległe urwiska, które w tym miejscu były jak mgliste obrazy z głębokiego snu na nierealnym końcu świata.

Mroźny i mglisty poranek następnego dnia zaszronił nasz sprzęt i usztywnił liny. Strzepnęliśmy białą szadź, by ruszyć do ataku. Wieczorem zapisałem w swoim dzienniku:

„A4/A3/A2/A1 – to był jeden z najpiękniejszych wyciągów, jakie w życiu prowadziłem. Fish hook, river, head, rivet, hook i wiele, wiele beaków. Na górnym stanowisku krzyczałem z radości, a Yeti mi wtórował. Siedząc na ławce, ciągle przeżywałem piękno swojej rysy, która po udręce Boomeranga zdawała się być jak wyzwolenie. Na drugim wyciągu zerwał się wiatr i zaczął padać śnieg. Pewnie wtedy przemroziłem policzki, nawet tego nie zauważając. W otwartej ścianie nie miałem schronienia. Wiatr kołysał mną na stanowisku i uderzał prosto w twarz. Na szczęście Yeti podał mi dodatkową kurtkę, którą opatuliłem się jak umiałem. Wiatr zawiewał śnieg w oczy, a ja bezwiednie pocierałem rękawicami o przemarznięte policzki. Po południu, wraz z wiatrem i śniegiem przyszły mgły. Wypuszczałem linę, obserwując, jak przesuwa się w białą nicość, kiedy wśród dobrze znanych brzmień wiatru usłyszałem obce dźwięki. Na początku myślałem, że to Yeti, ale z dołu, z mglistej pustki, ktoś do nas wołał. Odpowiedzieliśmy jednocześnie, wybuchając wrzaskiem w mleczną biel, przekrzykując wiatr i odganiając śnieg. To było piękne. Dzięki”.

Następnego dnia prześliznęło się słońce, ale zaraz potem założyłem na siebie wszystko, co miałem. Wisiałem na stanowisku, trząsłem się i zasłaniałem przed wiatrem. Od pewnej chwili przestałem się bronić, idąc za wewnętrznym głosem, który powtarzał: posłuchaj wiatru, posłuchaj kamienia… Przypomniało mi się, jak Yeti powiedział, że jeśli nie da się zwalczyć zimna, to trzeba się z nim zaprzyjaźnić. Brzmiało to jak cytat z Machiavellego, ale było skuteczne, więc podążyłem za podszeptem głosu, a od siebie dodawałem tylko: „spróbuj zrozumieć żywioły…”.

Na biwaku zrobiłem sobie zdjęcie, żeby obejrzeć twarz. W lewym kąciku pękły mi usta i sączyła się ropa. Nie mogłem jeść, a szczególnie cierpiałem przy ssaniu żeli z saszetki, która rozcinała strupy. Policzki piekły i pokrywały się twardą, ciemną skorupą. Wieczorem wklepałem wazelinę i zasnąłem po tabletkach przeciwbólowych, które jedliśmy już codziennie, niejako na deser.

⁕⁕⁕

Rano znowu bujaliśmy się na wietrze, kiedy w połowie headwallu zaczął padać gęsty śnieg. Osadzał się na twarzach i zamarzał. Policzki szczypały mnie nieznośnie, ale uparcie odliczałem kolejne ruchy jumarów, starając się zapomnieć o bólu. Yeti mówił, że jak jest ciężko, to nie trzeba zbyt wiele myśleć, tylko się wspinać, więc odrzuciłem wszystkie złe myśli, delektując się pustką. Na stanowisku nad naszymi głowami otwierało się wielkie zacięcie, doprowadzające niemal do szczytu. Nazwaliśmy je Arena. Śnieg padał już na dobre, a prowadzenie w duszących pyłówkach było udręką. Za każdym razem kiedy osadzałem przelot, śnieg zasypywał szczelinę, więc kuliłem się w odruchu obronnym i próbowałem jeszcze raz. Musieliśmy to jakoś wytrzymać, bo w końcu to tylko kolejny dzień i kolejny wyciąg… Po paru godzinach dobijałem stanowiskowego spita, a Yeti dochodził do mnie ze sprzętem. Zalodzeni i trzęsący się jak psy po wyjściu z wody, ostatni raz zjechaliśmy do Camp III.

⁕⁕⁕

Dwudziesty dzień w ścianie zaczęliśmy od holowania. Wiał zimny i porywisty wiatr, ale z powodu gładkiej skały wciąganie było dużo łatwiejsze niż na Bananie. Około 17.00 rozłożyliśmy portaledge i zanurzyliśmy się we wnętrzu zalodzonych śpiworów. Yeti dał mi jakieś tabletki na rozkurcz żołądka, a sam nie przyznał się do bólu zęba. Zaczęliśmy przegląd i naprawy sprzętu. Zęby raków ledwo wystawały spod butów, a druty mocujące wyginały się i spadały po paru ruchach, więc poprawialiśmy je niemal na każdym wyciągu. Ostrza czekanów, stępione i zaokrąglone, nadawały się tylko do wymiany. Na czubkach butów sterczała rozcięta guma, a dwie warstwy skóry były całkowicie przetarte. Rozerwane kurtki szyliśmy i sztukowaliśmy niemal codziennie, ale z czasem przestawało to mieć sens, bo dziur nie dało się już zreperować żadnym sposobem. Z porwanych rękawic wystawały strzępy membrany i ociepliny. Nazywaliśmy to efektem Testu Banana.

⁕⁕⁕

Zaraz po śniadaniu Yeti zaczął wspinanie w Arenie. W przewieszeniu, pęknięcia szaro-czerwonej skały widać było wyraźnie nawet wtedy, kiedy prószył śnieg. Lina przesuwała się miarowo, a wspinanie szło równym tempem, więc czułem się jakby uśpiony, kiedy nagle usłyszałem spadający kamień i krzyk. Chwilę potem Yeti wrzasnął: „Zaraz wypadnę z camem, blok wyjeżdża!”. „Wbijaj riveta!” – krzyknąłem automatycznie i niemal natychmiast usłyszałem walenie młotkiem w wiertło. Yeti był szybki jak maszyna do szycia, odciążył cama, a wielki blok, za którym go osadził, wrócił na swoje miejsce. Za chwilę Yeti zrzucił inny blok, który łukiem ominął moje stanowisko. Odetchnęliśmy dopiero wtedy, kiedy górne stanowisko było gotowe do wpięcia. Za to następny wyciąg był jednym z najpiękniejszych na drodze. To chyba nagroda za ten wypadający blok, bo Yeti ciągle powtarzał, że w górach za cierpienie, strach i dobrą robotę dostaje się nagrodę. Z podziwem przyglądałem się, jak jego ławki powiewały na wietrze, a repsznur falował z dala od ściany. Za chwilę, czyszcząc przeloty, broniłem się przed okręcaniem w przewieszeniu i z pasją wyszarpywałem camy. To było jak najpiękniejsze yosemickie wspinanie, po którym dwoma zjazdami w wolnym powietrzu wróciliśmy na biwak do Camp IV.

Szczyt był już w naszym zasięgu, więc każdego wieczoru humory mieliśmy coraz lepsze. Wygłupialiśmy się i słuchaliśmy muzyki z telefonu…

„Idę, idziemy, lecz coś jest nie tak,
bliżej przed nami czy prędzej już za,
punkt odniesienia współrzędna czy oś,
trudno powiedzieć, bo trudno jest dojść.

Idę, by dotrzeć, wręcz idę, by iść,
czynność jest skutkiem, przyczyną jest myśl.
Jak idę tak, przecież nie iść bym mógł,
koniec – na końcu są ślady mych stóp…”.
(Raz, Dwa, Trzy)

Yeti rysował na ścianie portaledge’a, a ja wymyślałem pozowane zdjęcia z przyprawionymi zębami. Zaczęliśmy też wymieniać przyziemne marzenia: prysznic, świeże ubrania, zwyczajne łóżko z pachnącą pościelą, kawa z ekspresu i spacer po mieście z oglądaniem się za dziewczynami….

⁕⁕⁕

Nawet nie zauważyliśmy, kiedy w ślepej mgle znaleźliśmy się na płaśni z kamiennym kopcem, z której można było tylko zejść. Nasze odbicia na chmurach machały z dziecięcą radością, a nad bielą obłoków wystawał szczyt, który wyglądał jak czubek jajka położony na białym obrusie. Nikt z dołu nie mógł oglądać wierzchołka Polar Sun Spire. Tamtego dnia byliśmy jedynymi, którzy cieszyli się widokiem gór gdzieś na końcu Ziemi Baffina – to chyba była nagroda, o której wspominał Yeti. Naszą ścianę mieliśmy na własność i na zawsze zabraliśmy ją ze sobą…

⁕Tekst dotyczy wytyczenia drogi Superbalance VII A4, M7+ na Polar Sun Spire (Ziemia Baffina).

Tekst: Marek  Regan Raganowicz

Tekst pochodzi z 229 numeru GÓR (czerwiec 2013). Cały numer znajdziecie pod adresem czytaj.goryonline.com