Mozolne nabijanie kilometrów, meta, która wcale się nie przybliża, nuda, samotność, zmęczenie… Tak „realiści” widzą rzeczywistość długodystansowego wędrowania. Dlaczego więc thru-hiking, wbrew temu wszystkiemu, staje się coraz bardziej popularny?
Tekst / TOMASZ BIERNACKI
Zdjęcia / arch. JACK WOLFSKIN
Zdjęcie otwarcia / W Alpach Wolf Trail pokonuje malownicze przełęcze i efektowne pasma górskie, jak choćby Dolomity
Świat pędzi z zawrotną prędkością, a nasze życie coraz częściej mierzymy w megabitach na sekundę. Odmierzamy czas powiadomieniami na ekranie smartfona i rozpaczliwie próbujemy odnaleźć się w napiętych do granic możliwości harmonogramach. Tymczasem gdzieś na skraju bałtyckich wydm, w cieniu alpejskich olbrzymów czy w bezkresnych skandynawskich lasach czeka na nas zupełnie inny świat. Świat, w którym rytm wyznacza oddech i tempo kroku. Thru-hiking to nie wyczynowy sport, sprowadzający się wyłącznie do śrubowania dziennego dystansu i liczenia każdego grama ekwipunku, ale także filozofia będąca odpowiedzią na potrzebę głębokiego resetu, skupienia się na tym, co naprawdę istotne, i odzyskania sprawczości nad własnym życiem.

WIĘCEJ NIŻ WIELODNIOWY MARSZ
W potocznym rozumieniu długodystansowe wędrowanie zakłada kilku- albo kilkunastodniowy trekking: od biwaku do biwaku albo od schroniska do schroniska. Thru-hiking to jednak pojęcie o wiele głębsze i bardziej wyraziste.
Jego klasyczna definicja oznacza pokonanie szlaku długodystansowego od oficjalnego punktu początkowego aż do samego końca, w ramach nieprzerwanej wyprawy. Nie chodzi jednak wyłącznie o spektakularny dystans mierzony w setkach czy tysiącach kilometrów. To doświadczenie specyficznego stanu umysłu i całkowita zmiana trybu egzystencji.
Kiedy decydujesz się na długodystansowe przejście, twój świat ulega radykalnej miniaturyzacji i uproszczeniu. Cały dorobek – schronienie, odzież, kuchnia i apteczka – muszą zmieścić się w jednym plecaku, którego waga staje się kluczowym czynnikiem sukcesu. Codzienna rutyna zostaje zredukowana do najbardziej podstawowych biologicznych i logistycznych potrzeb: marszu, jedzenia, nawodnienia, odpoczynku oraz wyszukiwania bezpiecznego miejsca na nocleg.
Takie wyzwanie wiąże się z całkowitą immersją, zdaniem się na to, co przyniesie kolejny dzień i porzuceniem drobiazgowego planowania. Trzeba zaakceptować rozmaite warunki pogodowe, stopniowe narastanie zmęczenia, zmiany pór roku na trasie oraz głęboką metamorfozę fizyczną i psychiczną, jaka zachodzi w człowieku po tygodniach spędzonych na szlaku. Niezależnie od thru-hikingowego doświadczenia, każda kolejna wyprawa jest podróżą w nieznane.
Długodystansowi wędrowcy jak mantrę powtarzają zasadę: hike your own hike (podążaj własnym szlakiem). Nie ma bowiem określonego, jedynie słusznego sposobu na pokonanie trasy. Nikt nie narzuca tempa, nie liczą się rekordy w aplikacjach treningowych czy rywalizacja z innymi. Wszystko sprowadza się do konsekwencji, umiejętności słuchania organizmu, elastyczności i pokory wobec natury.

HISTORIA DŁUGODYSTANSOWEGO WĘDROWANIA
Choć pojęcie „thru-hiking” narodziło się w XX wieku w Ameryce Północnej wraz z rosnącą popularnością legendarnych tras, między innymi Appalachian Trail czy Pacific Crest Trail, sama idea pieszego przemierzania kontynentów jest stara jak dzieje ludzkości. Przez większość historii piesza wędrówka była wszak jedynym sposobem przemieszczania się. Tak dziesiątki tysięcy lat temu zasiedliliśmy najpierw Europę, potem Azję, a w końcu najdalsze zakątki Ameryki Południowej.
W erze nowożytnej koczowniczy tryb życia dzięki zdobyczom cywilizacji przestał być koniecznością. Dawny, stanowiący niemal fizjologiczną potrzebę głód wędrówki nie zniknął jednak zupełnie. Tę potrzebę zaspokoiło powstanie szlaków pielgrzymkowych. Były one odpowiedzią na narodziny „świętej geografii”, w której religie zaczęły przypisywać boską moc konkretnym miejscom, jak grobowce świętych czy świątynie, których odwiedzanie miało dać pielgrzymom oświecenie, pomyślność i zdrowie. Paradoksalnie, konieczność zdefiniowania potrzeby podróży na nowo, wymuszona przez cywilizacyjny postęp, mogła się rozwinąć w dużej mierze właśnie dzięki niemu. Powstały wszak drogi, miasta, waluta i – odmienny niż współczesny, jednak jakoś regulujący rzeczywistość – porządek prawny. Pierwotna, codzienna walka o przetrwanie zamieniła się w świadomą, pełną wyrzeczeń podróż w głąb samego siebie.
Tekst w całości przeczytasz w 304 (3/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link
