O tym, że powstaje niezwykły film, którego reżyserem jest Marcin Koszałka, przekonałem się już dużo wcześniej, zanim pojawiliśmy się pod ścianą Mnicha. Uczestnicząc w zdjęciach z planu filmowego, w różnych ciekawych plenerach i przestrzeniach, przekonałem się, że zapał twórczy i energia towarzysząca powstawaniu tego obrazu są nieprzeciętne. Nie wiem, czy to zasługa reżysera i jego charyzmy, czy tego, że bohaterami filmu są dwaj kultowi wspinacze. Może decyduje o tym ogólna przychylność rzeszy wspinających się ludzi, którzy kibicują powstaniu tego górskiego dzieła? Prawdopodobnie każdy z tych elementów ma swoją rolę. Nie bez znaczenia jest fakt, że ostatnio filmy górskie na taśmie 35 mm kręcone były w Tatrach w latach 60 i 70 (obrazy Sergiusza Sprudina i Jerze go Surdela). Zatem realizowany na takiej taśmie projekt Marcina Koszałki to jakby przełamanie wieloletniej bariery, zerwanie kurtyny, która szczelnie otaczała ten niełatwy temat, jakim jest nakręcenie filmu w górach profesjonalną kamerą. Dodatkowym atutem reżysera jest okoliczność, iż on sam wspinał się, a postaci Korczaka i Marcisza w pewnym momencie jego kariery wspinaczkowej stanowiły dla niego wzór do naśladowania.

— Moja górska przygoda rozpoczęła się od chodzenia po jaskiniach tatrzańskich w ramach działalności Sekcji Jaskiniowej KW Kraków. Eksplorowałem m.in. Jaskinię Czarną, Zimną czy Bańdzioch Kominiarski. Natomiast w latach 1987- 1995 zająłem się wspinaniem powierzchniowym. Miałem bardzo ambitne podejście do tego, co robiłem. Chciałem być wręcz Mistrzem Polski. Dużo trenowałem, by tak było, a Piotrek Korczak i Andrzej Marcisz byli moimi ówczesnymi idolami, kultowymi wspinaczami. Chciałem być taki jak oni. Ich niesamowite osiągnięcia w skałkach i górach przyciągały jak magnes. W skałach najtrudniejszą drogę jaką ja wtedy przeszedłem (na wędkę), były Nity VI.4 na Zakrzówku. Natomiast w Tatrach wspinałem się np. na Zamarłej Turni, gdzie przeszedłem m.in. Kant Pietscha VII/VII+. Tuż przed zakończeniem w moim życiu etapu wspinania sportowego, przygotowywałem się do zrobienia Chińskiego Maharadży VI.5. Niewiele zabrakło, bym przeszedł tę drogę. Jednak życie napisało swój własny scenariusz. Moje osiągnięcia skalne były niewspółmierne do pokładanych w sobie samym nadziei. Być może, gdzieś w głębi siebie, zawiodłem się? Przestałem się wspinać i zająłem się filmem — wspomina absolwent Wydziału Realizacji Obrazu na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, autor zdjęć m.in. do znanych filmów PręgiKochankowie z Marony. — Film Deklaracja Nieśmiertelności to jakby moja własna próba rozliczenia się z przeszłością. To film, o zrobieniu którego marzyłem. Ale to także hołd, jaki chce złożyć tym dwóm wyjątkowym wspinaczom. Zasłużyli na to tym, co zrobili i nadal robią w skałkach oraz Tatrach. Ten film jest także o przemijaniu, starości i śmierci. Ale także o pewnym szacunku do tego, co już człowiek osiągnął w życiu, i do pogodzenia się ze sobą. W pewien sposób tragicznym bohaterem w moim filmie jest Piotr Korczak, wybitny wspinacz, który zmaga się z pewną metamorfozą swojego życia, doświadcza fizycznie zmian w swoim ciele. Drogi, które pokonywał wiele lat wcześniej, okazują się obecnie niedostępnymi. Najtrudniejszą linią, jaką Piotrek wymyślił i poprowadził była właśnie Deklaracja Nieśmiertelności VI.7 w Jaskini Mamutowej. Dziś musi uznać jej wyższość nad sobą i… ustąpić miejsca nowym, młodszym pokoleniom, „młodym wilkom”. Przeciwwagą impulsywnego Piotrka jest w tym filmie jego partner wspinaczkowy, a niegdyś konkurent – wyciszony i opanowany Andrzej Marcisz.

18 lipca 2008. Transport wielokilogramowego sprzętu filmowego, namiotów i jedzenia. W tej ciężkiej pracy świetnie spisują się słowaccy nosicze, którzy docierają z całym ekwipunkiem na Mnichową Płaśń Wyżnią. Tutaj zostaje założona baza, z której każdego dnia będzie wyruszał zespół filmowy. Paręset metrów wyżej, w okolicy szczytu Mniszka, zostaje rozłożony namiot szturmowy, gdzie przechowywane są m.in. kamera, obiektywy, statyw i taśmy filmowe. Taki system ma usprawnić pracę całego zespołu filmowego, który przez kilka dni, zdany na łaskę i niełaskę pogody, będzie w surowych, tatrzańskich warunkach pracować nad kolejnymi ujęciami Deklaracji Nieśmiertelności.

19 lipca szpeimy się pod Mniszkiem. Jest Piotrek Korczak, Andrzej Marcisz, i oczywiście Marcin Koszałka. Przed nami pierwszy dzień pracy w nowych warunkach. Swój debiut ma zaliczyć pomocnik operatora Krzysiek Strąbski. Nigdy jeszcze nie pracował w górach i to w takiej ekspozycji, jaką oferuje Mnich i Mniszek. Obok namiotu szturmowego Koszałka ustala wspólnie z Korczakiem i Marciszem kolejność ujęć i sekwencji. Po burzliwych dyskusjach wybór pada na stanowisko 30 metrów poniżej Mniszka, tak aby dobrze uchwycić wspinających się Piotrka i Andrzeja na drodze American Beauty VIII. Widać, że Krzysiek przeżywa swój zjazd w czeluść z Mnichowym Żlebem hen pod stopami. Jest absolutnie asekurowany i bezpieczny. Po emocjonującym zjeździe montujemy stanowisko dla siebie i sprzętu. Każdy kilogram kamery i statywu oraz „kejsów” z obiektywami tutaj, z przepaścią w tle, waży jakoś dwa razy więcej. Wizja lecącej w otchłań kamery czy obiektywu spina nas maksymalnie.

Słyszymy się idealnie i dzięki temu Marcin Koszałka może porozumiewać się ze swoimi „aktorami” bezpośrednio, bez użycia łączności radiowej. Padają pierwsze komendy: „Kamera! Akcja!” Wspinacze robią swoje. Napierają. Przesuwają się płynnie po litej skale. 'Stop!” — krzyczy nagle Marcin. Z nad wierzchołka Cubryny nadciągnęła duża chmura, która zasłoniła słońce, a zatem oświetlenie sceny się zmienia. Czekamy cierpliwie na kolejną odsłonę złotej gwiazdy, patrząc na rosnące pod naszymi stopami zarośla Ciemiężycy zielonej. Zatapiamy swój wzrok w jej intensywnej, relaksującej zieleni. Co prawda na ścianie chłopaki zaczynają się denerwować. Przede wszystkim poirytowany jest Piotrek: Marcin, szybciej, zimno mi się robi — narzeka Korczak. — Spokojnie Piotrek, to nie jest Hollywood! Nawet Harrison Ford musi czasem czekać 10 godzin na jedno ujęcie! — kwituje Koszałka. Widać (a raczej słychać), że hollywoodzkie porównanie nie przypadło Piotrkowi do gustu. Tymczasem Marcisz, niczym żołnierz w okopach, oczekuje w ciszy na rozkaz. Po 15 minutach chmura przepływa, nieczuła na narzekania dobiegające ze ściany. „Proszę, jeszcze raz. Kamera! Akcja!” — komenderuje Marcin. Powtórka sceny. Tym razem wyszło dobrze. Zaczyna padać. Musimy szybko się ewakuować. Najważniejszy jest oczywiście sprzęt filmowy, z którym obchodzimy się jak jajkiem. Zabezpieczona od deszczu i uderzeń w ścianę kamera, jest transportowana do góry, na kolejne stanowisko, tym razem już na Mnichu. Mamy nadzieję jednak, że przestanie padać. Marcin musi zjechać na przełamanie okapu na American Beauty, aby nakręcić zbliżenia. Przenosimy się na półkę, gdzie kończy się m.in. Sprężyna. Montaż lin i precyzyjne ustawienie ciężkiej kamery zabiera dużo czasu. Pogoda poprawia się na tyle, że Marcin może zjechać na skraj okapu. Po wyczekaniu odpowiednich warunków oświetleniowych, udaje się skręcić zbliżenia. Ponownie cała bateria sprzętu filmowego i lin musi zostać wyciągnięta na górę. Tymczasem pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Ochładza się i zaczyna padać grad, by po parunastu minutach ustąpić miejsca promieniom słońca. Nagle Piotrek wskazuje ręką w stronę dna Doliny Rybiego Potoku. Pomiędzy Rybimi Stawkami a Czarnym Stawem pod Rysami rozciąga się łuk tęczy. Jest pięknie. Na dziś koniec zdjęć. Wszyscy są bardzo zmęczeni.

20 lipca. Wyruszamy na akcję z Górnych Pólek. Dzisiejsze zdjęcie będą jeszcze trudniejsze. Marcin musi zjechać w środek ściany, niedaleko Wariantu R. Tam na specjalnie spreparowanym na potrzeby filmu statywie zostaje umieszczona kamera. Pozycja do filmowania nie jest wygodna, a wrażenie lufy pod stopami nie ułatwia pracy operatorowi. Pomimo niedogodności kręcenie wspinających się Piotrka i Andrzeja na Superacie Młodości (VIII-F/IX-) daje dużo satysfakcji: Świetne jest to ujęcie — relacjonuje na żywo ze ściany Koszałka. Sylwetki wspinaczy na skalnym kancie kontrastują z zielenią otaczającą szlak podejściowy do Dolinki za Mnichem. Nagle z dala dobiega charakterystyczne fuknięcie. Spoglądamy w stronę, z której dotarł odgłos. Na Liliowej Płaśni wpatruje się w nas uważnie kozica. Nieobce są jej takie widoki, wszak ściany Mnicha, to jedne z najbardziej eksplorowanych wspinaczkowo rejonów w Tatrach. Jan Gwalbert Pawlikowski wraz z Maciejem Sieczką, kiedy go po raz pierwszy zdobyli w 1879 roku, zapewne nie wyobrażali sobie, że ta góra stanie się dla wielu pokoleń wspinaczy bardzo ważna, wręcz symboliczna. Nawet przewodnicy tatrzańscy mają na swoich blachach Mnicha, którego zerwy, dumnie opadające w głąb Mnichowego Żlebu, patrzą jakby z pogardą na świat ludzkich ułomności.

Wschodnia ściana nagrzewa się od słońca, a w jej środku wciąż wisi Koszałka. Wszyscy mają świadomość ulotności chwil spędzonych z kamerą w ścianie. Przecież za chwilę wszystko może się zmienić, może spaść deszcz, grad a może i śnieg. Tatry są nieprzewidywalne. Ok. To ujęcie mamy zrobione — w końcu odzywa się przez krótkofalówkę Marcin. Teraz przenosimy się nad wyjście z Kosińskiego VII/VII+. Pionowe zacięcie, które prowadzi Korczak, bardzo ładnie prezentuje się z góry. Panowie, na koniec dzisiejszych zdjęć, nakręcimy jeszcze Piotrka jak prowadzi Rysę Marcisza na północno-wschodniej ścianie — decyduje reżyser. W blasku zachodzącego słońca kręcone są ostatnie ujęcia. Teraz już tylko trzeba zabezpieczyć sprzęt, nagrane taśmy, posegregować baterie do naładowania i można udać się na zasłużony odpoczynek. Na jutro zapowiadane są wyjątkowo intensywne opady. Pożyjemy, zobaczymy. Już w nocy przychodzi gwałtowna burza. Pioruny walą po okolicznych szczytach, a światło błyskawic rozdziera nocne niebo. Skały pod nami grzmią złowrogo.

21 lipca. Zimno i pada. Z namiotu nie da się wystawić nawet nosa. Czas jakby się zatrzymał, patrząc wraz z nami, na tony wody spadające z ciężkich chmur. Może po południu pogoda ulegnie zmianie?

Ściany Mnicha mokną beznamiętnie, pogrążając nas w mało optymistycznych myślach na temat kręcenia kolejnych ujęć. Przecież chłopaki muszą zostać jeszcze nakręceni m.in. na Metallice? — pulsują myśli w głowie. Drętwe oczekiwanie przerywa informacja, że około godz. 14 ma przestać padać. Z zegarkami w rękach i nadzieją w sercu, że jednak coś dziś nakręcimy, oczekujemy na godzinę „W”. Prognoza potwierdza się. Chmury odpływają nas zachód, pozostawiając nas z mokrą ścianą. Schodzimy zatem na dno Mnichowego Żlebu i nakręcimy ujęcia spod ściany — wydaje dyspozycje Koszałka. Karawana ludzi objuczonych ciężkim statywem, kamerą i obiektywami podąża pod ścianami Mnicha do samego żlebu. Wokół nas jakby rozgrywał się jakiś spektakl teatralny. Chmury kłębią się w dolinach.

Zadzieramy głowy w stronę wierzchołka Mnicha, zza którego wypływają kolejne warkocze poszarpanych chmur. Widzicie to? Musimy to uchwycić — decyduje Koszałka. — Spróbujcie podejść pod ścianę i przejść tym żlebkiem, a potem ja zrobię odjazd na górę — wskazuje ręką reżyser. Ta scena jest powtarzana kilka razy. Światło i chmury ciągle się zmieniają. Patrząc z głębi żlebu na podświetlony promieniami zachodzącego słońca szczyt Mnicha, z „dymiącą czapą”, mam wrażenie, że nie jesteśmy w Tatrach, ale gdzieś w Patagonii. Człowiek tak często ulega iluzji. To też ma swój urok.

22 lipca. Wiatr i słońce osuszyły wschodnią ścianę Mnicha. Ujęcia na Metallice IX+ będą kręcone z dwóch punktów. Zjeżdżamy w najeżoną roztrzaskanymi na dnie żlebu wantami przepaść. Kamera skierowana jest na Korczaka, który prowadzi uważnie wyciąg. Marcin, popatrz, może lepiej jak zrobię to bardziej dynamicznie — zastanawia się głośno Korczak. — OK., dobry pomysł — podchwytuje Koszałka. Kilka szybkich ruchów i „Szalony” znajduje się prawie tuż obok nas. — Świetnie wyszło — mówi zadowolony Marcin. Tymczasem Andrzej, który przez cały czas trwania planu filmowego ogromnie angażuje się we wszystkie działania, nie tylko wspinaczkowe, głośno zastanawia się nad jak najlepszym skadrowaniem Piotrka. Z okapu trzeba opuścić kamerę.

To, że będzie opuszczona w pełnym lufcie, podnosi poziom jej bezpieczeństwa. W ślad za nią zjeżdża Marcin i asystent operatora Krzysiek Strąbski. Na półkach panuje już lekko rozluźniona atmosfera. Udało się nakręcić sporo dobrego materiału. Ostatnie ujęcie na Piotrka i trawersujemy Dolnymi Półkami pod północno-wschodnią ścianę. Stamtąd już do bazy, gdzie rozpakowujemy zniesiony z góry sprzęt.

Po tych kilku dniach pracy w ścianie cały zespół zżył się ze sobą. To nie są już anonimowi ludzie. Dla części ekipy była to prawdziwa, ekstremalna przygoda, dla innych to praca w dobrze znanych warunkach. Teraz dopiero, z perspektywy tych 4 dni, zdaję sobie sprawę, jak ciężką pracą jest kręcenie filmu. Ile trzeba mieć cierpliwości. Funkcjonuje w świecie filmu takie motto: „Film to sztuka cierpliwości”. Zgadzam się z tym zupełnie. Pytam Marcina o ilość materiału, jaki będzie można wykorzystać. — Zobaczymy po wywołaniu klisz i zmontowaniu, ale pewnie kilka minut, a może kilkadziesiąt sekund… nie więcej — odpowiada reżyser. Teraz, po doświadczeniu tych 4 dni w ścianie, doskonale rozumiem słowa wspomnianego motta…

Schodzimy do schroniska nad Morskim Okiem w dobrym nastroju. Za nami pozostaje dumny Mnich, z pióropuszem chmur nad swym wierzchołkiem. Okazuje się, że wrócimy do niego już niedługo…

2-3 sierpień. Do nakręcenia pozostały jeszcze sceny w rejonie Nosa na Mnichu. Tym razem jest już z nami tylko Andrzej, którego zadaniem jest przejść okap na Nosie. Wynosimy już o wiele mniej sprzętu. Te sceny to jakby ,”kosmetyka” do lipcowych ujęć, chociaż z technicznego punktu, teraz jest nawet trudniej. Kamera ustawiona jest w rejonie Górnych Półek. Sprawna praca całego zespołu owocuje dobrymi ujęciami. Następnego dnia kolejnym zadaniem Marcisza jest odpaść od skaty w sposób jak najbardziej naturalny. 0 9 rano wychodzimy ze schroniska w Moku, choć Marcisz jest już u góry i montuje poręczówki. Niesamowite, że dopiero o 15 udaję się nam zacząć zdjęcia. Ulokowanie ciężkiej kamery Arri 435 w największym lufcie na Mnichu, to nie lada majstersztyk. Dzielnie spisuje się teraz mający doświadczenie alpinistyczne operator Tomek Augustynek. Współpraca między nim a Andrzejem przebiega sprawnie. Jest z nami także Tomek Opozda, który pomaga w asekuracji sprzętu i ludzi. Marcisz wykonuje szybko ruchy i odpada w przepaść w bardzo sugestywny, a zarazem widowiskowy sposób. — Mamy to! — krzyczy Augustynek do stojącego na kancie poniżej szczytu Mnicha Koszałki. To był przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Pierwsze ujęcie i od razu się udało. Teraz pozostało pozabierać wszystko ze ściany. — No to co? Degażujemy sprzęt i siebie — śmieje się Koszałka. Góry były dla nas łaskawe, Mnich otworzył szeroko swoje ramiona, pośród których spędziliśmy niezwykły czas.

— Tatry to są magiczne góry. A moi bohaterowie tu, w Tatrach, są wciąż pewnego rodzaju królami. To tutaj wciąż robią bardzo trudne drogi, m.in. Metalikę IX+ czy Misterium Nieprawości X-. Nie wiem do końca jaki efekt wywoła ten film. Może będzie jakimś zwieńczeniem ich kariery? A może nową inspiracją? Może właśnie wiele osób dowie się o nich lub sobie o nich przypomni? Może wiele osób poruszy zawarta w filmie historia? Bardzo bym tego chciał… Ten film jest też dla mnie ważny z perspektywy operatora, ze względu na plastykę ujęć. Pokazanie wspinania to wizualna sprawa, a tu w Tatrach mam dużą możliwość przedstawienia takiej esencji wspinania. Według mnie pokazanie wspinania w filmie polega przede wszystkim na ukazaniu pewnej psychologii, historii, problemu. Bez tego nie ma filmu. Jakiegokolwiek. Oczywiście, tutaj na Mnichu można osiągnąć bardzo efektowne zdjęcia, ale to tylko tło do całej, psychologicznej reszty. Gdy byłem młodszy, podchodziłem do gór jako do przestrzeni wyczynu sportowego i nie zauważałem w ogóle tej mistyki. A teraz wszystko się zmieniło, cieszę się z przebywania w tym wertykalnym świecie, widzę nowe rzeczy, tę magię. Będę się bardzo cieszył, jeśli będę mógł teraz robić w górach VI, VI+. Jeśli poprowadzę VI.1 to będzie dla mnie wielkie przeżycie. Teraz Tatry traktuje jako przestrzeń metafizyczną — wyznaje Marcin. I podsumowuje: — Wiesz, nie można łamać pewnych złotych reguł. Jednak film jest pewną sztuką iluzji, a w Deklaracji Nieśmiertelności oprócz historii Korczaka i Marcisza, chcę pokazać jakby Czystą Formę wspinania.

Reżyser filmu zapowiedział, że polska premiera festiwalowa odbędzie się w Zakopanem, w czasie V Spotkań z Filmem Górskim, jesienią 2009 roku, gdzie film zostanie pokazany w ramach konkursu filmowego. W Krakowie, podczas Krakowskiemu Festiwalowi Górskiemu w grudniu 2009 roku, odbędzie się pokaz specjalny.

Ogromne podziękowania należą się Dyrektorowi Tatrzańskiego Parku Narodowego Pawłowi Skawińskiemu oraz TOPR-owi wraz z Naczelnikiem Janem Krzysztofem na czele oraz Zbigniewowi Kuli i jego firmie „Non Stop Film Serwis” za nieocenioną pomoc przy realizacji filmu. Sponsorami i darczyńcami są także: Panavision Polska, Marek Modzelewski „Lux Film”, Wojtek Piasecki „Grip Seven; Fuji Film, Szkoła Filmowa w Katowicach, HiMountain, Hannah, Firma Reklamowa ,,Kuc”. Ogromne podziękowania należą się także: kierowniczce produkcji Zofii Goraj, operatorowi Tomkowi Augustynkowi, Jerzemu „Jurasowi” Czerńcowi, Rafałowi Krakowiakowi, Marcinowi Chrzanowskiemu, Joannie Miedzińskiej oraz Andrzejowi Marciszowi.

Tekst i zdjęcia: Jakub Brzosko

Zdjęcia: Adam Kokot

Powyższy tekst pochodzi ze specjalnego tatrzańskiego numeru GÓR (171) z 2008 roku. Przypominamy go ze względu na 30-lecie naszego magazynu w ramach cyklu najciekawszych artykułów, które ukazały się na łamach GÓR. Jeśli chcecie przeczytać więcej wartościowych artykułów, zapraszamy na czytaj.goryonline.com.

Ponadto zapraszamy do obejrzenia filmu, o którym mowa w reportażu.