Chwile nostalgii za tak zwanymi starymi czasami zazwyczaj kończą się konkluzją, że dawniej życie było znacznie prostsze… Ale cóż począć, skoro rzeczywiście tak to wyglądało. Zwłaszcza z perspektywy ludzi gór. Spójrzmy choćby na zegarek – jeszcze kilkanaście lat temu outdoorowcom do szczęścia wystarczał tani model ze stoperem (zazwyczaj nieużywanym), a jeśli ktoś dysponował funkcją wysokościomierza, to mógł się poczuć jak profesjonalista.

 

Obecnie sprawy się skomplikowały – sportowe zegarki czy smartwatche mogą dostarczyć nam więcej informacji o otaczającej rzeczywistości, niż jesteśmy w stanie w praktyce wykorzystać. Oczywiście GPS, wysokościomierz barometryczny lub pomiar tętna to obecnie podstawa, z której każdy chętnie korzysta podczas treningów czy wypraw górskich. Ale wśród niezliczonej liczby funkcji znajdziemy też takie, które jeszcze niedawno służyły wyłącznie do monitorowania sportowców na poziomie olimpijskim. Czy jest nam to potrzebne? Cóż za pytanie… Oczywiście! Jeśli tylko zakup takiego cudeńka udźwignie nasza karta debetowa.
I tu dochodzimy do kwestii, o której podobno niechętnie rozmawiają dżentelmeni – pieniędzy. Zaawansowane modele zegarków sportowych – z wydajną baterią, imponującymi funkcjami i wsparciem dobrze zaprojektowanej aplikacji – kosztują niemało. Jeśli do tego pozwolimy sobie na odrobinę luksusu, w postaci tytanowego bezela, szafirowego szkła lub spersonalizowanego wykończenia, to kwota, jaką musimy wydać za taki model zbliża się do ceny niezłego roweru… Niektórzy by dodali, że przekracza wartość używanego samochodu w „rozsądnym stanie”. Nie dziwi więc, że o tak cenną rzecz warto szczególnie zadbać. Zwłaszcza, że w górach nadarzyć się może sporo okazji do jej uszkodzenia czy zniszczenia.

Wspominając o dbaniu nie mamy na myśli wyłącznie stosowania się do zaleceń producenta, dotyczących konserwacji i serwisowania, czy „zwracaniu szczególnej uwagi” podczas klinowania rąk w rysie, w trakcie wspinaczki… Jak dobrze wiemy, górskie przygody potrafią odcisnąć piętno na każdym sprzęcie. Cóż możemy więc zrobić? Poza zostawieniem zegarka w domu, do czego przecież nie został stworzony.



Tu z pomocą przychodzi bardzo praktyczna usługa – ubezpieczenie „Bezpieczny zegarek”. Jak to działa? Bardzo podobnie jak autocasco komunikacyjne. Jeśli przydarzy nam się pechowa sytuacja, w której zegarek przypadkowo uszkodzimy lub, co gorsze, stracimy – na skutek kradzieży z włamaniem lub rabunku, to ubezpieczyciel nam to zrekompensuje – organizując i opłacając transport zegarka do punktu serwisowego (na terenie Polski), zwracając koszty naprawy (do wysokości sumy ubezpieczenia) lub, w przypadku braku możliwości naprawy lub utraty zegarka, wydając ubezpieczonemu voucher na zakup w sieci sprzedawcy. To ostatnie w praktyce oznacza możliwość uzyskania takiego samego lub podobnego modelu, oczywiście nowego, jednak z uwzględnieniem tak zwanego udziału własnego, wynoszącego 10% sumy ubezpieczenia.

Skoro już zagłębiliśmy się w szczegóły, to po pełniejsze informacje odsyłamy do Ogólnych Warunków Ubezpieczenia, które znajdziecie na stronie www.zegarki.pl/pl/bezpieczne-zegarki. Zresztą, jak w przypadku każdej umowy dotyczącej ubezpieczenia, również i tu warto uważnie przeanalizować OWU – nie tylko po to, by zrozumieć zakres swoich praw, lecz również by dostosować niektóre zapisy do indywidualnych wymagań i potrzeb, a taką właśnie możliwość daje ubezpieczenie „Bezpieczny zegarek”.

Więcej informacji na: zegarki.pl/pl/bezpieczne-zegarki


Materiał przygotowany we współpracy z zegarki.pl