Wojciech Wróż to kolejna z najważniejszych postaci naszego alpinizmu w latach siedemdziesiątych i pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, której sylwetkę przypominamy w tym numerze. Za swoją górską obsesję zapłacił, podobnie jak wielu innych naszych mistrzów himalajskich tych lat, najwyższą cenę. Zginął na górze, która stała się jego marzeniem i obsesją. Zapewne, przymierzając się po raz trzeci do K2, powtarzał sobie wiele razy stare polskie powiedzenie: „do trzech razy sztuka”. No i rzeczywiście – za trzecim razem dane mu było stanąć na wyśnionej górze, niestety pozostał na niej na zawsze.

Wojciech Wróż na drodze „Komin Łapińskiego”, Galeria Gankowa, 1964
fot. arch. Teresa Wróż

POCZĄTKI

Wojciech Wróż urodził się 17. grudnia 1942 roku w Poznaniu. Przeszedł klasyczną drogę z Tatr przez Alpy w góry najwyższe. Do Klubu w Poznaniu wstąpił, mając 19 lat w 1962 roku: wtedy też zaczął się wspinać w Tatrach. Początkowo działał, jak to było w zwyczaju wśród poznańskich wspinaczy, głównie po ich słowackiej stronie. Jego największe osiągnięcia w naszych górach to pierwsze przejścia zimowe: północno-wschodniego filara Mięguszowieckiego Szczytu, Drogi Zyzaka na Koprowym Wierchu (obie – 1968) i północno-wschodniego filara Gajowej Strażnicy (1973). W Tatrach najczęściej wspinał się z Antonim Gąsiorowskim i Piotrem Kintopfem.

PIERWSZA WYPRAWA Pierwszą wyprawą, w jakiej wziął udział była ekspedycja Kola Poznańskiego Klubu Wysokogórskiego pod kierownictwem Ryszarda Wiktora Schramma, która udała się w 1965 roku na Spitsbergen. Jej celem była eksploracja grupy górskiej Hornsundtind-Mehesten.

Chodziło o kontynuację osiągnięć z wyprawy z roku 1959, o wprowadzenie na Spitsbergen alpinizmu sportowego na szeroką skalę wielkie trawersy graniowe. pokonywanie ścian skalnych i lodowych” – pisał Ryszard W. Schramm. Niestety, do fiordu Hornsund nie udało się wpłynąć z powodu zatorów lodowych, których nie sforsowały lodołamacze. Ostatecznie polscy wspinacze eksplorowali Ziemię Wedela Jarlsberga, dokonując 27 pierwszych wejść. Wróż uczestniczył w 3 z nich na szczyt Døltertoppane (794 m), północno-zachodnią ścianą Klockmannfjellet (933 m) i grania Sofiekammen od szczytu Gnalberget do Wienertinden. Szczególnie ostatnie z wymienionych przejść – pięciokilometrowej, trudnej i eksponowanej grani zaliczano wówczas do najważniejszych osiągnięć sportowych w Arktyce.

ALPEJSKIE DEBIUTY I NOWE DROGI

W 1966 roku Wojciech zaliczył swój pierwszy wyjazd w Alpy – w towarzystwie Piotra Kintopfa działał w masywie Mont Blanc. Nie udało się przejście północnej ściany Grandes Charmoz. Powodzeniem skończyła się natomiast wspinaczka trawersem grani Mont Blanc od Aiguille du Midi poprzez Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit.

Rok później wziął udział w wyjeździe Klubu Wysokogórskiego w rejony Bergel i Berniny na granicy szwajcarsko-włoskiej. Po dwóch nieudanych próbach (wycofy z 500 i 700 m po załamaniach pogody) przeszedł w wieloosobowym zespole słynną, wschodnią ścianę Piz Badile drogą Cassina. Później w czasie 5 godzin pokonał z Kintopfem Grań Bianco na Piz Bernina.

Kolejny wyjazd Wróża w Alpy miał miejsce 3 lata później – w 1970 roku. Odniósł wówczas jeden ze swoich największych sukcesów sportowych. Mowa o wytyczeniu nowej linii na północnej ścianie Grandes Jorasses, które zrobił w towarzystwie Eugeniusza Chrobaka i Jacka Poręby. Na Pointe Helene, jeden z wierzchołków Grandes Jorasses, nie biegła wówczas żadna droga. „Dlaczego ściana pomiędzy Pointe Croz a Pointe Marguerite doczekała nietknięta do roku 1970? Odpowiedź znalazłem dwa lata temu. Nie była to konfrontacja – wystarczył mi po prostu fakt, że nie powiodła się próba Reinholda Messnera, samotnego zdobywcy północnej ściany Droites” – pisał Chrobak w „Taterniku”.

Początkowo polski zespół planował dokonać pierwszego powtórzenia drogi Desmaisona. Po podejściu na Lodowiec Leschaux okazało się, że w ścianie panują niecodzienne o tej porze roku warunki – jest bardzo zaśnieżona i zalodzona. Sytuacja doprowadziła naszych alpinistów do wniosku, że nietypowy w lecie „stan” ściany daje rzadką sposobność do bezpieczniejszego niż zwykle – z powodu mniejszego narażenia na obrywy lodowo-skalne – ataku na ścianę Pointe Helene.

Takie założenie – jak napisał Chrobak – okazało się być „egzaminem dojrzałości w zakresie alpinizmu”.

Polska trójka weszła w ścianę rankiem 24 lipca i do wieczora sprawnie pokonała 550 pierwszych metrów ponad 900-metrowego urwiska. Gdyby pogoda wytrzymała, przejście honornej ściany w tak dobrych warunkach byłoby dla Wróża i kolegów formalnością. Niestety, późnym popołudniem pierwszego dnia aura gwałtownie się pogorszyła. Alpinistom nie udało się znaleźć wygodnego miejsca na biwak – Wróż z Chrobakiem spędzili noc na stojąco, Poręba kilkanaście metrów nad nimi – kucając. „Rozpoczynamy noc – jedną z najcięższych, jakie spędziłem w górach. Nawałnica trwa. Śnieg wpycha się we wszystkie zakamarki szczelnie pozapinanych ubrań. […] Kurcząc się, chowając głowę w ramiona przed wściekłymi atakami wiatru, czuję, jak te długie godziny wysysają ze mnie siły” – czytamy w bujdałce autorstwa Chrobaka zamieszczonej w „Taterniku”.

Początek lat siedemdziesiątych
fot. arch. Teresa Wróż

Następny dzień był już walką o przetrwanie; ucieczka ze ściany była tylko jedna – przez wierzchołek. Warunki, w jakich przyszło się wspinać polskiemu zespołowi, najlepiej oddaje opis ze wspomnianego opowiadanka z „Taternika”: „Przede mną coś pośredniego między polem śnieżnym a skalną płytą. Oczyszczanie skały absolutnie mija się z celem. Idę, usiłując zaczepiać raki na białej, nieznacznie tylko odchylonej od pionu powierzchni”.

Po pokonaniu trudności na oblodzonej płycie (wycenione na V+), wspinacze wydostali się do stromej, 300-metrowej lodowej rynny i nią osiągnęli szczyt. Przejście to zostało obwołane przez francuską prasę wspinaczkową najwybitniejszym wyczynem lata w Alpach. W Polsce zespół dostał srebrne odznaki za wybitne osiągnięcia sportowe.

Rok później (1971) Wróż znalazł się we włoskiej części masywu Mont Blanc – w Courmayeur w ramach obozu kierowanego przez Janusza Kurczaba. W trzyosobowym zespole (wraz z Ryszardem Kowalewskim i Januszem Mączką) dokonał pierwszego przejścia lewego filara Brouillard (na lewo od drogi Bonatti – Oggioni na Czerwonym Filarze Brouillard). Po kilkudniowym oczekiwaniu na pogodę w Bivacco Lampugniani Polacy wykorzystali chwilową jej poprawę i weszli w ścianę 13 sierpnia. Nowa droga została poprowadzona z jednym biwakiem w ścianie. Część skalną prowadził Kowalewski, zaś partie lodowo-skalne przypadły Wróżowi.

Dobra pogoda, przy jakiej wspinacze rozpoczynali drogę, nie utrzymała się i drugi dzień przyniósł złą widoczność, chmury i wreszcie opad śniegu. Mimo to Polacy stanęli na szczycie około godziny 13, a do schroniska Vallot dotarli o dwudziestej. Następnego dnia, podczas zejścia, zespół uległ wypadkowi. Wróż poślizgnął się potrącony przez spadający kamień i lecąc pociągnął partnerów. 300-metrowy upadek lodowo-śnieżnym zboczem skończył się szczęśliwie dla Wróża i Mączki, którzy nie odnieśli żadnych poważniejszych urazów. Nieco mniej szczęścia miał Kowalewski, który zwichnął nogę w stawie kolanowym.

Nowa linia, biegnąca lewym filarem Brouillard, została razem z drugą premierową wspinaczką innych uczestników tego samego obozu, prowadzącą Centralnym Filarem Brouillard – bardzo wysoko oceniona przez zachodni światek alpinistyczny. […] Une tres brillante premiere” – pisała o drodze Wróża i partnerów prasa francuska.

MIESZANKA EGZOTYCZNA: IRAN, RUWENZORI, PAMIR I PAPUA NOWA GWINEA

Rok 1969 przyniósł wyprawę w Góry Iranu. Kierowany przez Antoniego Gąsiorowskiego zespół obrał sobie bardzo ambitny cel – pierwsze przejście filara centralnego północnej ściany Alam Kuh w masywie Elbrus. Przed atakiem polskich wspinaczy za najtrudniejszą drogę na ścianie uchodziła droga francuska, wytyczona w stylu oblężniczym w 1966 roku. Poznaniacy zdeklasowali wyczyn Francuzów, pokonując w ciągu 4 lipcowych dni dużo bardziej logiczną i estetyczną linię, biegnącą filarem wyprowadzającym wprost na wyższy wierzchołek Alam Kuh. Oprócz Wróża w przejściu dokonanym w stylu alpejskim uczestniczyli Andrzej Dorobek i Władysław Waligóra. W najtrudniejszej, przewieszonej części filara, do której Polacy dotarli w drugim dniu wspinaczki nie obyło się bez lotów. Trzeciego dnia poznaniacy zostawili za sobą kluczowe metry drogi. „Czegóż tam nie było! Pętelki wiszące na występach skalnych, szczeble ławeczek służące jako haki, w jednym zaś miejscu, w głębokiej i szerokiej szczelinie, tkwił wbity aż po dziób czekan” – pisał Wróż w artykule Filarem Alam Kuh zamieszczonym w „Taterniku”. Dzień później trzyosobowy zespół dotarł na szczyt.

W 1974 roku bohater artykułu był członkiem sześcioosobowego zespołu kierowanego przez Jana Michejdę, który wyjechał w góry wschodniej Afryki. Głównym celem wyprawy była wspinaczkowa eksploracja masywów Ruwenzori w Ugandzie. Największym sportowym sukcesem wyprawy było przejście zespołu Wojciech Wróż – Jan Stryczyński nową, sześćsetmetrową drogą na zachodniej ścianie masywu Bakera (4850 m).

W lipcu 1975 roku Wróż był jednym z ośmioosobowej grupy Polaków uczestniczącej w Międzynarodowym Obozie Alpinistycznym „Pamir 75″, który zorganizowała Federacja Alpinizmu ZSRR. W sześcioosobowym zespole wszedł na Pik Lenina drogą Przez Łapę (II przejście). Ponadto w towarzystwie czterech kolegów dokonał pierwszego polskiego wejścia na Pik Komunizmu. Jednak najważniejszym ze sportowego punktu widzenia było wytyczenie nowej drogi północnym filarem na Pik XIX Zjazdu KPZR (5920 m). Drogę zrobił wraz z Andrzejem Czokiem i Piotrem Malinowskim; dzień później powtórzyło ją czterech innych członków polskiej ekipy.

Najbardziej egzotyczną wyprawą z udziałem Wróża był wyjazd w Góry Papui-Nowej Gwinei w 1979 roku. Grupa kierowana była przez Jana Michejdę (tradycyjnie, jeśli brać pod uwagę wyprawy poznaniaków w egzotyczne miejsca globu), a w jej skład wchodził po raz kolejny weteran takich ekspedycji Jan Stryczyński. Poznaniacy zdobyli drogą normalną czterotysięcznik Mt. Wilhelm.

W trakcie pierwszej wyprawy na K2, 1976
fot. arch. Teresa Wróż

PIERWSZY RAZ NA K2

Pierwszy wyjazd Wróża w góry najwyższe miał miejsce w 1976 roku. Został on jednym z 20 uczestników narodowej wyprawy PZA na K2 kierowanej przez Janusza Kurczaba, która miała za zadanie wytyczenie nowej drogi na K2.

Baza wyprawy stanęła 24 czerwca. Dopiero na miejscu, wybierając spośród kilku możliwości, postanowiono, że celem będzie grań południowo-wschodnia – najdłuższa i najbardziej urwista, ale też najmniej stroma. Taktyka przyjęta przez Polaków nie zakładała użycia tragarzy wysokościowych co było novum, jeśli chodzi o działalność w górach wysokich toteż od wysokości bazy wszelkie prace transportowe były wykonywane przez wspinaczy.

Wojciech Wróż od początku bardzo dobrze spisywał się podczas mozolnej pracy zdobywania wysokości na prowadzonej w stylu oblężniczym wyprawie. Nic więc dziwnego, że gdy za pomocą ankietowego glosowania wszyscy uczestnicy wyprawy wybrali dwa dwuosobowe zespoły szturmowe, znalazł się w składzie jednego z nich. Podczas ataku miał związać się liną z Gienkiem Chrobakiem. Drugi, a w zasadzie pierwszy jeśli chodzi o kolejność przypuszczenia szturmu na wierzchołek spół stworzyli Leszek Cichy i Jan Holnicki. 14 sierpnia Cichy i Holnicki, którzy brali udział w zakładaniu obozów V (na 7700 metrów) i VI (na 8000 metrów), spróbowali zaatakować szczyt. Niestety, warunki w ścianie były złe. Najpierw zatrzymała ich bariera seraków na wysokości 8100. Po jej pokonaniu znaleźli się pod głównym spiętrzeniem ściany szczytowej, którą tworzyło skalno-lodowe spiętrzenie na wysokości 8250 m. Stamtąd, po 2 godzinach prób postanowili zawrócić i zeszli do piątki.

Tego samego dnia drugi zespół szturmowy-Chrobak i Wróż wyszedł z obozu V. Ich śladami podążyła dwójka wspierająca, którą stanowili Andrzej Heinrich i Kazimierz Głazek. Po nocy spędzonej na tlenie w obozie szóstym zespół Chrobak – Wróż wyruszył do ostatecznego starcia, uginając się pod ciężarem 25-kilogramowych plecaków (po 2 butle tlenowe na głowę).

Tlenu zaczęli używać po sforsowaniu pierwszej bariery. O godzinie 11, już w masce tlenowej, Wróż wbił się w drugą barierę. Wojtek nadszarpnął […] nietykalność drugiej bariery i pokonał z rozpędu 30 metrów czysto lodowego terenu o nastromieniu chyba z 70 stopni. Dochodzę do niego, korzystając z liny. Teraz kolej na mnie. Stanowisko jest niewygodne. Na gładkiej, pochyłej płycie skalnej, trzymając się haka, pochylam się w stronę partnera tak, aby mógł z mojego plecaka wyjąć butlę, zapasową linę i nastawić mój reduktor na przepływ 4 litrów na sekundę. […]” – opisywał pierwsze wyciągi drugiej bariery Chrobak. Jej sforsowanie zajęło himalaistom ponad 6 godzin. „Osiągnęliśmy wysokość 8400 m. Mam tylko 50 atmosfer tlenu, a do szczytu pozostało jeszcze ze 3 godziny drogi. Trzeba natychmiast podjąć ciężką decyzję: iść w górę czy wracać?” – czytamy dalej w „Taterniku”.

Decyzja zapadła o godzinie dziewiętnastej – zjazdy. Nie obyło się bez dramatycznych momentów. Namioty obozu VI zespół osiągnął dopiero o pierwszej w nocy. Ranek przywitał dwójkę załamaniem pogody – opadem śniegu i silnym wiatrem. Z trudem, po wielogodzinnym błądzeniu polscy wspinacze trafili do obozu V. Tam okazało się, że Wróż odmroził palce. Choć udało się je uratować dzięki natychmiastowej interwencji lekarza wyprawy, Piotra Kintopfa, który czekał na kolegów w piątce, dla bohatera artykułu poważne odmrożenia oznaczały koniec wyprawy. Wkrótce potem opuścił bazę wraz z Japończykami, którzy w tym samym czasie działali na K2. Jak się okazało, koledzy, którzy próbowali jeszcze szczęścia po jego wyjeździe, nie zdziałali już wiele i niedługo potem Janusz Kurczab oficjalnie zakończył wyprawę.

Polacy rozwiązali praktycznie problem grani południowo-wschodniej, choć bez wejścia na szczyt droga nie mogła być uznana za ukończoną. Jednakże Wróż i Chrobak pokonali całe jej trudności, dochodząc do łatwego terenu 200 metrów poniżej wierzchołka. „Dzieje zdobywania K2 są bardzo znamienne dla historii himalaizmu […] Wykazują one, iż każda następna wyprawa buduje swoje sukcesy na osiągnięciach poprzedników. Rola pionierów jest najtrudniejsza, ale i doceniana. Dziś dobrze pamięta się, że to wyprawa Charlesa Houstona w 1938 roku otworzyła drogę ku szczytowi, pokonując Żebro Abruzzów. I jeżeli nawet «kosmetyka » drogi południowo-wschodnią granią nie będzie udziałem Polaków (choć, kto wie…?), wynik wyprawy z 1976 roku pozostanie trwałym wkładem do dziejów sportowego podboju drugiego szczytu świata” – podsumowywał kierowaną przez siebie ekspedycję Janusz Kurczab na łamach „Taternika”. Komentujący osiągnięcie Polaków docenili także nowość w postaci rezygnacji z wykorzystania tragarzy powyżej bazy. Pisał o tym Toni Hiebeler na łamach „Alpinismus”: „Wyprawa musiała zrezygnować ze szczytu, ale mimo to Polacy dokonali jednego z największych wyczynów w historii zdobywania Karakorum. Dowiedli, że także najwyższe szczyty świata mogą być z powodzeniem atakowane bez pomocy tragarzy wysokościowych”.

Podczas robienia szkiców pod K2 – Wróż miał talent plastyczny
fot. Janusz Kurczab

ŚWIĘTA GÓRA SIKKIMU, CZYLI PIERWSZY OŚMIOTYSIĘCZNIK

W 1977 Wróż wziął udział w wyprawie Polskiego Klubu Górskiego w Warszawie na udostępnioną po raz pierwszy od 22 lat Kanchendzongę. Celem naszych wspinaczy było zdobycie dziewiczych wierzchołków szczytu w pierwszym rzędzie wierzchołka południowego. Zezwolenie na wyprawę przyszło bardzo późno, co nie pozwoliło na gruntowne przygotowanie organizacyjno-teoretyczne. Przeszkodą, napotkaną już po przybyciu w Himalaje, był nieoczekiwany powrót zimy, który z powodu masowych „dezercji” tragarzy – skutecznie wydłużył dojście karawany do bazy.

Podczas wyprawy Wróż po raz ko lejny stworzył zgrany zespół z Gienkiem Chrobakiem. 19 maja dwójka ta, atakując wierzchołek z obozu IV, po 8 godzinach wspinaczki osiągnęła dziewiczy wierzchołek. Na ostatnim, 900-metrowym odcinku pokonanym w czasie ataku szczytowego, zespół napotkał jeszcze duże jak na tę wysokość – sięgające III-IV stopnia – trudności skalne. Szczytu nie zdobyto drogą, którą planowano wcześniej, czyli południowym filarem, lecz południową ścianą. Pierwotny plan zakładał postawienie obozu V na filarze, ale po rezygnacji Zygmunta Heinricha ze wspomagania Chrobaka, Wróża i Jana Serafina (którzy mieli pracować nad postawieniem i zaopatrzeniem ,,piątki”) wszyscy zeszli do niższych obozów lub do bazy. Kryzysowy moment wspomniał Chrobak w Taterniku”: „Nie będzie ataku, może to nawet koniec wyprawy. Andrzej Heinrich rozpoczął zejście w kierunku obozu III. Jest już 20 metrów poniżej namiotu, poręczówka ciągle napięta pod jego ciężarem. Mijają sekundy, mijają minuty. Cały plan, realizowany z takim trudem, wali się w krótkiej chwili. Schodzimy kompletnie załamami”.

Po zejściu do bazy Wróż i Chrobak doszli do wniosku, że trzymanie się pierwotnych założeń nie daje szansy na zdobycie wierzchołka i postanowili atakować ścianę południową, na której – jak wynikało z obserwacji – nie było konieczności budowania kolejnego obozu i zakładania tak dużej ilości poręczówek. Zdobycie szczytu potwierdziło słuszność tej decyzji.

Polska wyprawa na Kanchendzongę skończyła się spektakularnym sukcesem. Oprócz opisanego, pierwszego wejścia na południowy wierzchołek piątego szczytu świata, Polacy zdobyli – również jako pierwsi – wierzchołek środkowy. Bohater naszego artykułu wszedł na swój pierwszy ośmiotysięcznik, a wspomnienia z wyprawy opublikował w książce Swięta Góra Sikkimu.

EVEREST – WIOSNĄ NA NAJWYŻSZYM SZCZYCIE ŚWIATA

Wiosną 1980 roku, zaledwie miesiąc po zakończeniu udanej wyprawy zimowej na Everest, Polacy pod kierownictwem Zawady znowu działali na „dachu świata”. Tym razem celem było wytyczenie nowej drogi. Wróż – obok między innymi Eugeniusza Chrobaka, Andrzeja Czoka, Zygmunta Heinricha i Jerzego Kukuczki – znalazł się w składzie ekspedycji. Najwyraźniej polscy himalaiści mieli szczęście do Everestu w tym roku, ponieważ drugiej ekspedycji udało się zrealizować ambitne zamierzenia. Tym razem Wróż nie znalazł się w składzie pierwszej grupy atakującej, którą stworzyli Czok i Kukuczka, a gdy ci 19 maja osiągnęli wierzchołek, kierownik zdecydował się zakończyć ekspedycję. Najwyższym punktem, jaki osiągnął poznaniak było 8250 m.

Wraz ze stałym partnerem wspinaczkowym – Gienkiem Chrobakiem
fot. arch. Eugeniusz Chrobak

K2 PO RAZ DRUGI

W 1982 roku autor Świętej Góry Sikkimu kolejny raz stanął pod drugim szczytem świata. Był jednym z 21 alpinistów polskich i meksykańskich, których celem było wytyczenie nowej drogi na „górze gór”. Jak pisał jej kierownik Janusz Kurczab, idea ekspedycji zrodziła się już podczas opisanej wcześniej bytności pod K2 w 1976 roku. Pozwolenie na wyprawę z Pakistanu przyszło wiosną 1981 roku. Polacy nie zdecydowali się na próbę dokończenia swojej drogi z 1976 roku i postanowili atakować niezdobytą grań północno-zachodnią. Dotychczas przymierzali się do niej tylko Amerykanie w 1975 roku, przy czym, w wyniku obrania złego wariantu, osiągnęli zaledwie 6250 m.

Wyprawa weszła w fazę decydującą, gdy o osiągnięciu „buli” na grani na wysokości 6900 metrów Wróż wraz z Romanem Bebakiem, Eugeniuszem Chrobakiem i Tadeuszem Karolczakiem napotkali trudny uskok skalny, który musieli omijać po lewej (północnej) stronie. 26 lipca na niewielkich platformach skalnych postawiono obóz III. Na skutek ciągłego zbaczania w lewo, które było wymuszane przez ukształtowanie terenu, Polacy coraz bardziej zbliżali się do Filara Północnego, który w tym samym czasie atakowali Japończycy. Kiedy na wysokości ok. 7600 założono obóz IV, stanął on praktycznie na drodze atakowanej przez wyprawę japońską. Spowodowało to konflikt pomiędzy ekspedycjami (japońscy himalaiści złożyli protest u władz chińskich).

7 sierpnia pociągnięto poręczówki do wysokości 7950 m, gdzie zostawiono depozyt (namiot-płachtę, 2 śpiwory, materace i komplet do gotowania). W tym momencie można już było myśleć o ataku na szczyt. 10 sierpnia taką próbę podjęli Wróż z Karolczakiem w towarzystwie trzyosobowej grupy wspomagającej. Niestety, pogoda pozwoliła im dotrzeć tylko do obozu III.

Kolejne podejście miało miejsce 4 dni później. Trzon atakujący stanowiła ta sama dwójka, tym razem wspomagana przez Marka Grochowskiego i Krzysztofa Pankiewicza. Aura nie była wiele łaskawsza i wichura zatrzymała atak w obozie IV. Czterej wspinacze spędzili w nim dwie noce, po czym, widząc, że wiatr nie słabnie, zeszli do bazy.

Najbardziej zaawansowany atak nastąpił dopiero na początku następnego miesiąca. Oprócz Wróża uczestniczyli w nim Eugeniusza Chrobak, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Wymieniona czwórka 5 września doszła do wysokości 8100 m. W tym czasie źle poczuł się Chrobak, u którego Cichy

i Wielicki zauważyli symptomy choroby wysokościowej. Po długiej walce z wiatrem o rozbicie namiotu, który stanowił prowizoryczny obóz V, koledzy podali tlen Chrobakowi, który szybko doszedł do siebie. Potem była ciężka noc, którą czwórka himalaistów spędziła w dwuosobowym namiocie.

„Naturalne wydawało mi się trzymanie się zespołów, w których zwykle działaliśmy, ale Wojtek nalegał na wyjście więc zgodziłem się zostać i schodzić z Gienkiem. Na pewno nie była to dla mnie komfortowa sytuacja, ale gdybym powiedział, że czułem się wykiwany, byłoby to za duże słowo. Ktoś musiał schodzić z Gienkiem, który zresztą do końca upierał się, że czuje się dobrze i chce iść do góry. Szczerze mówiąc, pewnie trudniej byłoby mi podjąć taką decyzję, gdybym widział większe szanse na sukces” – opisywał kolejny poranek Krzysztof Wielicki.

Nie mylił się: szturm zespołu Cichy – Wróż był typowym – używając terminu Artura Hajzera – „atakiem rozpaczy”. Po koszmarnej nocy mieli do pokonania trudny teren (płyty o trudnościach do II) przy silnym wietrze. Odwrót nastąpił na wysokości 8200 m – w momencie, w którym Cichy zauważył, że odmroził palce u obu rąk, a Wróż zaczął tracić czucie.

Po raz kolejny polska wyprawa nie osiągnęła szczytu K2 i po raz kolejny w najbardziej zaawansowanym ataku uczestniczył Wojciech Wróż. Prawdopodobnie od tego momentu K2 stało się jego obsesją.

W trakcie drugiej wyprawy na K2, 1982
fot. Krzysztof Wielicki

YALUNG KANG – PRZEJŚCIE SEZONU W HIMALAJACH

W 1984 roku na południową ścianę zachodniego wierzchołka Kanchendzongi – Yalung Kang (8505) wybrała się wyprawa polsko-hiszpańska, której głównym organizatorem był KW Poznań. Była to pierwsza tak poważna wyprawa organizowana przez macierzysty klub Wróża. W jej skład weszli najlepsi ówcześnie wspinacze wysokościowi ze środowiska poznańskiego oprócz bohatera artykułu m.in.: Tadeusz Karolczak (kierownik), Przemysław Piasecki, Roman Tuliszka, Marek Zierhoffer, a spoza Poznania: Leszek Cichy. Debiut poznaniaków na wielkiej scenie himalajskiej miał być bardzo ambitny, bowiem ściana, której zdobycie planowali była w owym czasie uważana za jeden z poważniejszych problemów Himalajów.

Baza stanęła na wysokości 5200 m. Wróż wspinał się w jednym zespole z Karolczakiem i dwoma Baskami. Obóz pierwszy założono na wysokości 6250 m, zaś ,,dwójka” stanęła na wysokości 6700 m. Dopiero w tym miejscu zaczynały się właściwe trudności atakowanej przez polskich wspinaczy linii, które stanowił 1800-metrowy filar. Kolejne etapy mial poprowadzić zespół Cichy – Piasecki Tuliszka Zierhoffer. Do obozu trzeciego, na który znaleziono miejsce na wysokości 7500 m. pokonano już poważ ne trudności skalne i mikstowe oraz lodospad o trudnościach, które przy pomniały Polakom najtrudniejsze miejsce Kuluaru Kurtyki na Placach Mnichowych. Z kolei na odcinku pomiędzy „trójką” i zostawionym depozytem pod czwórkę” (na wys. 7800) napotkano m.in. 40-metrową barierę skalną. Nie obyło się bez dramatycznych wydarzeń-pod zjeżdżającym Zierhofferem pękła poręczówka; na szczęście udało mu się wyhamować upadek.

Po założeniu przez Piaseckiego i Cichego wspomnianego depozytu, do akcji – z zamiarem ataku szczytowego – powrócili Wróż i Karolczak. Zespół ten pociągnął kolejne poręczówki do wysokości 8000 m, założył właściwy obóz IV i po spędzeniu nocy w trójce”, w trudnych warunkach (mróz i wiatr), 7 października zdobył szczyt po 8 godzinach trudnej wspinaczki. Tym samym Wróż zdobył swój drugi ośmiotysięcznik, a przejście Polaków zasłużyło na miano ..przejścia sezonu w Himalajach”.

OSTATNIA WYPRAWA, CZYLI K2 PO RAZ TRZECI

W 1986 roku Wojciech Wróż po raz trzeci wziął udział w wyprawie na K2. Również i tym razem był członkiem składu, który nie miał zamiaru atakować szczytu najłatwiejszą drogą. Celem ekspedycji kierowanej przez Janusza Majera był filar południowy zwany Magic Line. Ekipa składała się z trzech polskich wspinaczy (oprócz wspomnianych – Przemysław Piasecki), Czecha – Petera Božika, filmowca Krzysztofa Langa i kobiecego zespołu: Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska i Dobrosława Miodowicz-Wolf.

W 1986 roku oprócz grupy Majera ten sam cel obrały sobie trzy inne wyprawy: Amerykanie, Włosi i słynny solista Renato Casarotto. Po śmierci dwóch amerykańskich himalaistów w lawinie ich rodacy zrezygnowali z dalszej działalności. Współpracujący z nimi Włosi przenieśli się na Żebro Abruzzów. Amerykańscy i włoscy wspinacze osiągnęli zaledwie wysokość 6900 m. Znacznie wyżej – ponad 8000 m dotarł dwukrotnie Casarotto, jednak za trzecim podejściem zawrócił z 7000 m. a schodząc 16 lipca do bazy, zginął po wpadnięciu do szczeliny lodowcowej.

17 lipca Polacy założyli obóz III na wysokości 7400 m (do dwójki” mieli ułatwione zadanie dzięki poręczówkom Amerykanów i Włochów). W następnych. dniach męska część ekipy rozpięła poręczówki 200 metrów powyżej trójki.

Podczas podejścia do dwójki na K2 w 1986 roku
fot. Przemysław Piasecki

Podczas okresu zlej pogody członkowie wyprawy musieli podjąć decyzję: czy trzymać się pierwotnego planu i kontynuować akcję w stylu tradycyjnym (założenie obozu IV na wys. 8000 m i poręczowanie terenu ponad nim), czy też zmienić taktykę i uciec się do najwyżej cenionego, ale jednocześnie bardziej ryzykownego stylu alpejskiego. Największym orędownikiem drugiego rozwiązania stał się Wojtek Wróż. Wychodził on z prawdopodobnie słusznego założenia, iż wyprawie nie wystarczy czasu na asekurancką akcję i jedynej szansy upatrywał w śmiałym ataku z obozu III. Wojtek forsował [swój plan] ostro, nie mogąc po prostu znieść myśli, że po raz trzeci miałby odejść spod K2 pokonany. Za wszelką cenę chciał zdobyć szczyt. Wiedział, że teraz jest to jego ostatnia szansa.” – pisała w swojej książce Groza wokół K2 Anna Czerwińska. Przemka Piaseckiego nie musiał specjalnie namawiać na wybranie takiej opcji. Po dłuższym wahaniu przyjęli ja też inni uczestnicy wyprawy.

Atak szczytowy rozpoczęto pod koniec lipca. 1 sierpnia Wróż z Piaseckim i Božikiem dotarli do wysokości 8000 metrów gdzie, na małej i niewygodnej półeczce, spędzili noc w płachcie biwakowej. Ich śladami z opóźnieniem szedł zespół mieszany (Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska i Janusz Majer).

Następny biwak zespołu Wróża wypadł na wysokości 8400 m. Nazajutrz, około godziny 18, niemal do ostatnich metrów pokonując duże trudności techniczne, trójka stanęła na wierzchołku. Pokonana droga była na tyle trudna, że jedynym wyjściem, jakie widzieli zdobywcy K2, było schodzenie Żebrem Abruzzów.

Wróżowi nie udało się jednak opuścić zerw wymarzonego szczytu. Podczas nocnego zejścia zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Tak moment wypadku wspominał jego partner z ostatniej wspinaczki Przemysław Piasecki: „W pewnym momencie dojechałem do poręczówki, która nie była połączona z następną: jej koniec był luźny i gdzieś metr obok tej liny zaczynała się następna poręczówka, jak się potem okazało ostatnia. Poczekałem w tym miejscu na Petera i ostrzegłem go, żeby uważał, bo po prostu można wypaść z takiej liny… […] Peter zrobił to samo, zatrzymał się w tym miejscu i krzyknął kilka razy do Wojtka, podobno nawiązał z nim jakiś kontakt… z tym, że Peter nie był w stanie zrozumieć, co Wojtek odpowiedział. […] Na końcu [ostatniej] poręczówki poczekałem. Umówiliśmy się zresztą, że schodzimy razem. Ponieważ poręczówki się skończyły i […] ja miałem światło, więc czekałem na pozostałą czwórkę [razem z Polakami schodzili dwaj Koreańczycy – przyp. red]. Po chwili zjechał do mnie Peter i razem czekaliśmy na Wojtka… Czekaliśmy pół godziny, wołając i krzycząc do niego, nie wiedzieliśmy, co się dzieje, dlaczego nie ma go tak długo. Niestety, nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi… Po tej półtorej godzinie usłyszeliśmy łoskot czegoś spadającego, obok nas coś się przetoczyło… Słyszałem dźwięk czekana, ale nie chciało mi się wierzyć, że to mógłby spaść Wojtek, myślałem, że może plecak mu spadł, że robił jeszcze jakieś operacje, może usiłował szukać czołówki, której poprzednio nie znalazł w plecaku. Czekaliśmy dalej… Niestety, byliśmy tak zmęczeni, że nie byliśmy w stanie podejść w górę po poręczówkach… jakieś 80 czy 100 metrów, może mniej… Po godzinie, po naszych nawoływaniach usłyszeliśmy, że ktoś zaczął zjeżdżać. Okazało się, że to jechał Koreańczyk z liną […] Nie wiedział nic o Wojtku, mówił, że nie było go między nami, a zespołem koreańskim… Ten łoskot, który słyszeliśmy, to był odgłos spadającego Wojtka….

Wróż wraz z kolegami odniósł na K2 największy sukces w swojej sportowej karierze – poprowadził, częściowo w stylu alpejskim, najtrudniejszą technicznie drogę na górze gór”. Jednak fatum tragicznego roku 1986, jakie najwyraźniej prześladowało międzynarodowe zastępy wspinaczy zgromadzone wówczas pod drugim szczytem świata, dosięgnęło także jego. Podobnie jak Tadeuszowi Piotrowskiemu, nie było mu dane cieszyć się z sukcesu po zejściu w doliny. Nie był zresztą jedynym członkiem siedmioosobowej ekipy, której nie udało się wrócić z wyprawy – kilka dni po wypadku na drodze normalnej zginęła Dobrosława Miodowicz-Wolf (która wcześnie zrezygnowała ze wspinaczki nową drogą). Na wiadomość o śmierci Wróża drugi zespół atakujący szczyt zrezygnował z akcji górskiej.

Na poręczówkach w dolnych partiach „Magic Line”
fot. Przemysław Piasecki

OSTATNIE SŁOWO

Swoimi osiągnięciami – głównie w górach najwyższych – Wojciech Wróż na stałe zapisał się w historii polskiego alpinizmu. Gdy spojrzymy na jego drogę w Karakorum i Himalajach, widać jak na dłoni, że wybierał wyłącznie cele najambitniejsze – trudne, nowe drogi na najwyższych szczytach świata. Trzykrotnie K2 (każdym razem inną drogą), dwukrotnie Kanchendzonga (różne jej wierzchołki), raz Everest – wszystkie niezdobytymi ścianami lub formacjami – wyliczenie celów Wróża mówi samo za siebie. Przy tak ambitnym podejściu nie ma szans na 100-procentową skuteczność (jeśli za sukces uznamy wejście na szczyt). Wojtek osiągnął 50-procentową. Jednak statystyka – jak to statystyka – nie oddaje całej prawdy. W jednej z niezakończonych sukcesem szczytowym prób na K2 Wróż z Chrobakiem pokonali główne trudności drogi i praktycznie rozwiązali problem grani południowo-wschodniej, a na Evereście autor „Świętej góry Sikkimu” został zawrócony przez kierownika.

Oddajmy głos Antoniemu Gąsiorowskiemu, który po śmierci Wróża napisał o nim wspomnienie w „Taterniku”: „W miarę zdobywania doświadczenia nabywał twardości, wiary w siebie, «ciągu ku górze» – wykazywał je w pełni podczas wypraw w góry najwyższe; na wszystkich należał do najczynniejszych. Łatwo i dobrze się aklimatyzował, toteż z entuzjazmem podjął chodzenie bez tlenu dające swobodę, likwidujące – jak twierdził – ucisk lęku przed nagłym uszkodzeniem aparatury czy skończeniem się zawartości butli. Należał do nielicznego grona sportowych alpinistów wysokościowych świata – potwierdził to ostatecznie na K2, górze, którą szturmował trzykrotnie, aż wreszcie zdobył nową, trudną drogą. Ale opuszczając strefę «śmierci wysokościowej», nie zdołał opuścić jej żywy”.

Jednakże pisząc o Wojtku Wróżu, nie sposób skoncentrować się tylko na sportowej stronie jego wspinania. Koledzy z drugiego końca liny znajdowali w nim górskiego kompana, na którym można polegać w każdej sytuacji – w doli i niedoli. Jak ważny był dla niego wątek partnerstwa w alpinizmie, widać wyraźnie we wspomnieniach ze wspinaczkowych przygód; zarówno tych zamieszczonych na łamach prasy środowiskowej, prasy szerokiego obiegu, wreszcie w jego jedynej książce „Święta góra Sikkimu”. „[…] Był partnerem idealnym: w ścianie pewnym i bezpiecznym, zawsze chętnym do pomocy, w dolinie – dobrym kompanem o szerokich horyzontach intelektualnych (…)” – pisał Gąsiorowski w przytaczanym powyżej wspomnieniu. Nieprzypadkowo zatem, w życiorysach członków KW Poznań zamieszczonych w opracowaniu opublikowanym z okazji pięćdziesięciolecia klubu, powtarza się nazwisko Wróża w wykazach najmilej wspominanych partnerów. Z pewnością jest to równie ważne, jak jego sukcesy sportowe.

tekst / Piotr Drożdż

 

WYKAZ MATERIAŁÓW ŹRÓDŁOWYCH W KOLEJNOŚCI CHRONOLOGICZNEJ

KSIĄŻKI:

Wróż W., Swięta góra Sikkimu, Warszawa 1982

Saysse-Tobiczyk K.(red.), W górach wysokich, Warszawa 1985.

Kowalewski Z., Paczkowski A. (red.), Karakorum. Polskie wyprawy alpinistyczne, Warszawa 1986.

Kowalewski Z., Paczkowski A. (red.), Himalaje. Polskie wyprawy alpinistyczne, Warszawa 1989.

Czerwińska A., Groza wokół K2, Warszawa 1990.

Rożek Mieczysław (red.), Klub Wysokogórski w Poznaniu 1950 – 2000, Poznań 2000

Drożdż P., Krzysztof Wielicki – mój wybór. T.1, Kraków 2014.

ARTYKUŁY:

Wróż W., Filarem Alam Kuh, „Taternik” 1969, nr 4.

Chrobak E., Dwie polskie drogi w Alpach, Taternik” 1970, nr 1.

Wróż W., Lewy Filar Brouillard, Taternik” 1971, nr 4.

Kuliński S., Międzynarodowy obóz ,Pamir 75″ Taternik” 1975, nr 3.

Chrobak E., 15 sierpnia, „Taternik” 1977, nr 2.

Chrobak E., Kanchendzonga Południowa, „Taternik” 1979, nr 1.

Kurczab J., Polsko-meksykańska wyprawa na K2, Taternik” 1983, nr 1.

Tuliszka R., Południową ściano Yalung Kang, Taternik” 1985, nr 2.

Gąsiorowski A., Wojciech Wróż, „Taternik” 1986, nr 1.


Tekst ukazał się w magazynie GÓRY numer 2/2019 (267)

Zapraszamy również do korzystania z czytnika GÓR >>> http://www.czytaj.goryonline.com/