O wejściu na Broad Peak i K2 w jednym sezonie zacząłem myśleć już podczas zeszłorocznej wyprawy na Gaszerbrum II. Idąc wtedy do bazy, poznałem ludzi, którzy zamierzali zrealizować taki scenariusz. Wtedy postanowiłem, że warto zmierzyć się z tym wyzwaniem.
Tekst i zdjęcia / PIOTR KRZYŻOWSKI
Zdjęcie otwarcia / Widok z „niskiej dwójki” (K2), tuż przed kominem House’a, na grań szczytową Broad Peak
PLANY, PLANY…
Zakładałem, że na Broad Peaku (8051 m) nie powinienem mieć problemów natury wydolnościowej, o ile zdrowie i pogoda dopiszą. Rok wcześniej wszedłem na niewiele niższy Gaszerbrum II (8034 m) – w dobrym stylu, w 20 dni od dojścia do bazy i nie używając tlenu. Największym, wręcz przerażającym mnie wyzwaniem było jednak majestatyczne K2. To drugi co do wysokości szczyt Ziemi, niższy zaledwie o 237 metrów od Everestu, uznawany jednak za najtrudniejszy technicznie ośmiotysięcznik. Wiedziałem, że aby się z nim zmierzyć, muszę bardzo dobrze się zaaklimatyzować i w miarę szybko wejść na Broad Peak. Jednak postanowiłem nie martwić się na zapas i dopiero jeżeli powiedzie się pierwsza akcja, myśleć o kolejnym wyzwaniu.

Długo zastanawiałem się, jak się zaaklimatyzować. Mój organizm dość szybko dostosowuje się do wysokości, nie mogłem jednak bazować tylko na subiektywnych odczuciach z poprzednich wypraw. Dlatego mocno zmodyfikowałem mój trening rowerowy, zaproponowałem też współtowarzyszom wstępną aklimatyzację na szczytach w okolicach Skardu i dość nietypową drogę do bazy. Postanowiliśmy nie iść tradycyjnie przez lodowiec Baltoro, lecz od strony doliny Husche. Ta droga jest krótsza, ale za to bardziej wymagająca, bo trzeba pokonać przełęcz Gondogoro (5650 m). Niestety, nie mogą przejść tamtędy tragarze i zwierzęta z ciężkim ładunkiem, więc wszystko, czego będziemy potrzebować, musieliśmy wynieść na własnych plecach. Dodatkowo po drodze zamierzaliśmy wejść na Laila Peak, by zapewnić sobie mocny bodziec w postaci ponad 6000 metrów, utrwalony noclegiem na przełęczy pod szczytem.
Czekając w Skardu na zgodę wojska na wjazd do doliny Husche, postanawiamy zaaklimatyzować się na leżącym około 1,5 godziny drogi od miasta sześciotysięczniku Kasar Gang. Nie wchodzimy na szczyt. Po około trzech godzinach spokojnego podejścia osiągamy 4000 metrów i postanawiamy, że na razie to wystarczy.
Nie do końca realizujemy plan aklimatyzacji na Laila Peak, gdzie spędzamy sześć dni, i dochodzimy do wysokości 5550 metrów. Niestety, warunki na zboczach Laili nie pozwoliły na bezpieczną wspinaczkę – lato było wyjątkowo ciepłe i śnieg nie trzymał. Dlatego postanowiliśmy zrealizować plan B i zostać dwie noce na przełęczy Gondogoro.

BROAD PEAK
1 lipca. Droga z przełęczy i dalej lodowcem Godwin-Austin dłużyła się niemiłosiernie. W końcu dotarliśmy do widocznych już z daleka białych kopuł i namiotów w kształcie domków. To znak rozpoznawczy agencji braci Sayed – Lela Peak Expedition, która oferuje przestronną mesę i pojedyncze namioty, w których można swobodnie stać, no i wyspać się na grubym, wygodnym materacu. Wieczorem witamy się ze wspinaczami mieszkającymi w bazie.
2 lipca. Pierwszy dzień wykorzystaliśmy na odpoczynek, sprawdzenie sprzętu i rozpakowanie się. Korzystne prognozy przekonały mnie i Radka do wyjścia nazajutrz w górę. Reszta ekipy postanowiła poczekać jeszcze dobę.
Wstajemy o 2:00, wychodzimy godzinę później. Przed nami ciężki dzień, bo planujemy od razu dojść do obozu II (6200 m). W świetle czołówek pokonujemy lodowiec, wyszukując trasery i kopczyki, którymi oznaczona jest droga pod ścianę. W końcu docieramy do miejsca, gdzie musimy założyć raki. Rozwidnia się. Wspinamy się powoli, dla bezpieczeństwa wpinając się w pozostawioną linę poręczową. Po pokonaniu skalnego odcinka twardy śnieg pozwala szybko przejść śnieżno-lodowe pole. Dalej już tylko mozolne podejście w kierunku obozu I (5600 m). To przełamanie na grani, z charakterystyczną skałą w kształcie płetwy rekina. Nie ma tu wiele miejsca, teren jest w całości zajęty przez namioty agencyjne. Dla nas to nie problem, bo nie zamierzamy tu nocować – idziemy do dwójki.
Ruszamy po około półgodzinie, każdy w swoim tempie. Powyżej obozu droga wiedzie mieszanym terenem – w większości po skale, zmrożonym śniegu i lodzie. W końcu dochodzimy do „niskiej dwójki” (6100 m). Jest tu ciasno, znów wszystkie namioty należą do agencji.
Przed właściwą dwójką znajduje się około 10-metrowa, skalno-lodowa ścianka, za którą wyłania się obóz. Lustruję teren: podobnie jak niżej, najlepsze miejsca zarezerwowały agencje. Takie czasy, że w górach wysokich jest coraz mniej przestrzeni dla wspinania sportowego. Pozostały tylko niekomfortowe skalne rzęchowiska. Wiem jednak, że wyżej można znaleźć dobre miejsce. Rzeczywiście, prawie na końcu śnieżno-lodowego podejścia widzę skalny pipant, pod którym stoi kilka namiotów. Ryzykuję i idę dalej.
Po około ośmiu godzinach od wyjścia z bazy (4800 m) dochodzę do wysokości 6250 metrów i skały, gdzie znajduję odpowiedni teren do rozbicia namiotu. Wydaje się idealny, lecz niebawem okaże się, że jest notorycznie bombardowany spadającymi kamieniami. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku, gotowaniu wody, szykowaniu jedzenia i rozmowach ze wspinaczami z Wielkiej Brytanii, którzy obozują obok. Dopóki świeci słońce, jest dość ciepło. Kiedy jednak zachodzi, opatulamy się w śpiwory i obserwujemy z namiotu piękny zachód.
Budzimy się o 7:00, jemy, gotujemy. Tego dnia dochodzą do nas Kamil, Mariusz Hati i Greg, którzy lokują się powyżej. Kiedy chłopaki rozbijają namiot, my budujemy śnieżny mur, chroniący obóz przed kamieniami. Czujemy się dobrze, więc na kolejny dzień planujemy z Radkiem podejście do obozu III (7000 m).

OBÓZ III I ZEJŚCIE DO BAZY
5 lipca. Do przejścia mamy jakieś 800 metrów w pionie, nie zapowiada się źle. Niestety, plecaki nie są lżejsze, bo do trójki musimy zabrać kolejny namiot, śpiwory, gaz, palnik i jedzenie. Na starcie wychodzimy zza skalnego pipanta, pokonujemy śnieżną ściankę i wchodzimy w trawers nad namiotami… Już wiemy, skąd leciały kamienie.
Dalsza droga nie jest wymagająca, a trudniejsze momenty są zaporęczowane. Do trójki docieramy po czterech i pół godziny. Obóz położony jest na rozległym polu śnieżnym – nie ma tutaj problemu z miejscem. Rozbijamy się na samym końcu, zawsze to trochę bliżej szczytu J. Niestety, jak się później okaże, nie była to najlepsza lokalizacja, bo wejście jest od nawietrznej. Czujemy się dobrze, wiec postanawiamy zostać tu na noc. Rano mój garmin podaje, że sen był słabej jakości. Nic dziwnego, w piątym dniu od dojścia do bazy jestem już na 7000 metrów. Uznajemy, że plan został zrealizowany, więc możemy schodzić na odpoczynek.
Prognozy zapowiadają załamanie pogody za cztery dni. Dlatego na dole decydujemy się na skrócenie regeneracji i próbę ataku przed załamaniem. Impuls daje wspinacz z Rumunii, Alex, który montuje ekipę do ataku. Wspina się z tlenem i z pomocą HAP-a zwanego Małym Husajnem – bardzo utytułowanego wspinacza pakistańskiego.

PIERWSZA PRÓBA
9 lipca. Startujemy z bazy o 3:00. Trasę już znamy, więc zakładamy, że do dwójki powinniśmy dojść w siedem–osiem godzin. Plecaki są już lżejsze, ale warunki w ścianie nieco się pogorszyły: nie widać żadnych śladów, a śnieg zamienił się w lód. Czujemy, że nasze organizmy nie zregenerowały się dostatecznie, mimo to zgodnie z planem, nie forsując tempa, przed południem docieramy do dwójki. Niestety, pogoda nie polepsza się. Biwakując powyżej właściwego obozu II, jesteśmy odcięci od wspinaczy, którzy w nim nocują, dlatego nie wiemy, jakie ostatecznie decyzje podejmą.
Rankiem 10 lipca wstajemy wcześnie. Nadal sypie i mocno wieje, widzimy jednak, że w dwójce jest jakieś poruszenie. Liczymy na to, że ekipy zbierają się do wyjścia do góry. Niestety, szykują się do zejścia, w tym również Alex, prowodyr całego zamieszania. Czekamy jeszcze dwie godziny. W tym czasie dochodzi do nas Bartek Ziemski, który w nocy wyszedł z bazy. Wspólnie decydujemy, że jednak idziemy do trójki.
Nie było to łatwe. Musieliśmy torować w świeżym śniegu, jednak po około sześciu godzinach docieramy do obozu. Nie ma tutaj nikogo, więc każdy z nas zajmuje po namiocie, aby jak najlepiej odpocząć. Niestety, mój ma wejście od nawietrznej. W konsekwencji nie mogę gotować, bo nawet lekka wentylacja wpuszcza do środka pełno śniegu. Staram się więc oszczędzać picie, które mi zostało, i uzupełnić kalorie batonami. Dobrze, że baton This1 ma prawie 250 kcal, to jak połowa liofa.
W nocy huk wiatru budzi mnie co jakiś czas. Kilka razy muszę odkopywać wejście i rozpychać ścianki coraz mniejszego namiotu. Na szczęście nad ranem wiatr się nieco uspokaja i udaje mi się dotrwać do świtu. Po porannej łączności z bazą i analizie prognozy ustalamy, że trzeba wracać. Około 11:00 zaczynamy zejście, na głodnego i bez picia. Chcemy nadrobić to w obozie II, okazuje się jednak, że namiot nie wytrzymał naporu wiatru i śniegu. Odkopujemy go i składamy. Pogoda jest kiepska i musimy jak najszybciej się stąd zmywać.
ODPOCZYNEK
Góry wysokie uczą cierpliwości. Po zejściu musieliśmy spokojnie przeczekać kilka dni złej pogody, które minęły na rozmowach w mesie, czytaniu książek i słuchaniu muzyki. Jedynym urozmaiceniem była wizyta pod K2, gdzie wybraliśmy się, aby odwiedzić Monikę Witkowską w dniu jej urodzin.
Prognoza zapowiada summit day na 19 lipca, więc aby być wtedy w trójce, musimy wyjść 17 lipca. Ostatni dzień w bazie spędzamy na pakowaniu. Każdy szuka najlepszej motywacji do ruszenia w dupówie. Nie pomaga to, że wieczorem zaczyna jeszcze bardziej sypać.

ATAK SZCZYTOWY
17 lipca. Około 4:00 zbieramy się w mesie na śniadanie. Wszyscy jesteśmy spakowani, za wyjątkiem Grzegorza, który planuje wyjście nazajutrz. Mimo zaskoczenia szanujemy jego decyzję i startujemy w okrojonym składzie.
Opady śniegu trochę poprawiły warunki – w ścianie jest stabilnie, choć trzeba torować. Na szczęście przed nami idzie kilka osób. W dwójce melduję się około 13:00. Musimy z Radkiem poprawić naszą platformę i rozstawić wcześniej złożony namiot. Potem już tylko odpoczywamy. Umawiamy się na wyjście o 6:00, ruszamy o 6:30. Dość sprawnie, po czterech godzinach docieramy do obozu III. Tutaj czeka nas kolejna praca. Poprawiamy platformy, które wytopiły się pod namiotami, wyciągamy depozyt zakopany pod wejściem do namiotu… Praca na wysokości 7000 metrów nie idzie tak, jak na nizinach.
Resztę dnia spędzamy na przygotowaniu picia i jedzenia na atak. To moment, w którym pomimo działania w zespole, każdy zostaje sam ze sobą, a w głowie kołatają się różne myśli i obawy. Wiem, że każdy pójdzie swoim tempem. Droga do przełęczy nie jest trudna i nie wymaga asekurowania się na lotnej, podobnie jak odcinek granią na szczyt.
Tego dnia kładziemy się wcześnie, żeby choć chwilę odpocząć. Sen jest płytki i krótki, jak zawsze przed atakiem. Około 22:00 zaczynamy się ubierać, ale w ciasnej dwójce muszę zaczekać, aż Radek założy kombinezon. Wychodzę przed północą, jakieś 10 minut po chłopakach, i widzę przed sobą światła czołówek. Zaczynam mozolne podejście. Spokojnie, bez szarpania, aby dać organizmowi czas na dostosowanie się.
Na przełęcz pomiędzy Broad Peak Central i Rocky Summit docieram po około sześciu godzinach. Aby na nią wejść, trzeba pokonać niewielki, zaporęczowany próg. Lekko wieje, ale jest przyjemnie – pojawia się słońce, które niedawno wzeszło. Dalej droga jest już ewidentna, choć czujna. Idąc, pamiętam o wypadku, do którego doszło w tym sezonie – pakistański przewodnik zbyt daleko przeszedł na stronę chińską i spad z serakiem, który oberwał się pod jego ciężarem. Staram się więc umiejętnie wybierać trasę, sugerując się śladami, ale trzymając się jak najbliżej linii skał, które gdzieniegdzie wystają spod śniegu. Wchodzę w eksponowany skalny trawers po stronie pakistańskiej i wpinam się dla bezpieczeństwa do liny poręczowej. Stopnie nie są duże, a w butach ekspedycyjnych precyzja pozostawia wiele do życzenia. Zamocowana luźno gdzieś wyżej lina doprowadza mnie do kominka o trudnościach „słabe III”, którym wychodzę na grań. Dalej droga prowadzi w kierunku ścianki zwieńczonej śnieżno-lodowym kominkiem, po którym widzę już przed sobą Rocky Summit. Jest on niższy od głównego szczytu zaledwie o 16 metrów, ale wyższy punkt leży znacznie dalej.
Grań okazuje się dość trudna, a poza krótkim odcinkiem z liną – niezaporęczowana. Dochodzę do Rocky Summit. W tym miejscu należy podjąć odpowiedzialną decyzję: jeżeli czujesz mocne zmęczenie, lepiej zawrócić, bo zostaje jeszcze ponad godzina drogi do celu i powrót, na który trzeba zachować zapas energii.
Zejście z Rocky Summit to kilkanaście metrów do małej przełączki i podejście na grań wiodącą na główny wierzchołek. Widzę przede mną Hatiego, przyspieszam więc, aby zrobić wspólne zdjęcie na szczycie. Jest piękna pogoda, świeci mocne słońce. Po około 11 godzinach wspinania docieram do najwyższego punktu. Gratulujemy sobie nawzajem i przybijamy piątkę. Jestem wzruszony i szczęśliwy. To mój drugi ośmiotysięcznik zdobyty bez użycia dodatkowego tlenu. Hati zaczyna zejście, a ja zostaję na moment, aby nacieszyć się tym w samotności. Chwilę później dociera Denis Urubko, z którym robię sobie kilka pamiątkowych zdjęć i również zaczynam powrót. Idę czujnie, bo słońce stoi wysoko i śnieg nie jest już tak stabilny, jak wcześniej.
Po drodze odpoczywam, aby na świeżo wejść w komin i zaporęczowany trawers. To trudne miejsce – trzeba być maksymalnie skoncentrowanym, szczególnie że na tym etapie dopada już zmęczenie. Dochodzę do przełęczy, na której znajduję zwój liny. Postanawiam ją wykorzystać i zawiesić, aby wygodnie zjechać niżej. Spod przełęczy widzę już dobrze trójkę, ale jeszcze nie mogę cieszyć się sukcesem, bo czeka mnie kilka godzin drogi. Wchodzę w trawers i natrafiam na leżący na śniegu but. Zastanawiam się, jak można było go zgubić w takim miejscu, ale szybko trzeźwieję, bo nieco dalej widzę łapawicę. Już wiem, co się stało. Poniżej dostrzegam wyżłobioną w śniegu, zakrwawioną rynnę, która prowadzi w kierunku ogromnych szczelin i seraków. Domyślam się, że zrobiło ją ciało wspinacza, który odpadł z grani. Jak się później okazało, był to chłopak z zespołu brytyjskiego, z którym biwakowaliśmy w „wysokiej dwójce”. Nie wiem dlaczego, ale podnoszę but i przywiązuję go do poręczówki. Później zobaczę go jeszcze przy plecaku jednego z Brytyjczyków, którzy będą schodzić do trójki po próbie poszukiwań ciała. Bezskutecznych – teren, w który spadł, jest bardzo niebezpieczny, a szanse na to, że przeżył kilkusetmetrowy lot, bliskie zeru.
W trójce melduję się około 18:00 i cieszę się z zagotowanej przez Radka wody. Teraz czas na odpoczynek. Do obozu III dociera Grzesiek, który jeszcze dziś zamierza wyjść do ataku, wspólnie z poznanym w bazie Włochem. Startuje o 22:30, jednak po 45 minutach wycofuje się i wraca przed północą.
20 lipca. Rankiem jesteśmy zmęczeni, ale nie mamy wyjścia – trzeba zacząć się pakować. Tej nocy Grzesiek zamierza podjąć drugą próbę ataku w większym zespole. Pakujemy plecaki i wyrąbujemy namiot, który wtopił się w śnieg. Fartuchy są zalodzone, więc rąbiemy czekanami… Są szkody, ale trudno. W dwójce chwilkę odpoczywamy i nawadniamy się. Składamy z Radkiem kolejny namiot, zabieramy śmieci i depozyty. Schodzimy obładowani, ale myśl o dobrym jedzeniu i wygodnym śnie dodaje sił. W bazie meldujemy się po 15:00. Wszyscy witają nas hucznie, są gratulacje, jest napój tank i wieńce ze sztucznych kwiatów. Załapujemy się nawet na wywiad do jakiegoś pakistańskiego serwisu informacyjnego.

ATAK GREGA
Pierwszy dzień po zejściu z Broad Peaku odpoczywamy na maksa, jemy, pijemy i śpimy do oporu. Podczas porannego kontaktu radiowego z Grześkiem dowiadujemy się, że wyszedł do ataku o 21:30 i jeszcze nie dotarł do przełęczy. To bardzo niepokojąca informacja, bo w akcji jest już od kilkunastu godzin i raczej nie zdąży wejść na szczyt za dnia. Ostatecznie melduje się na przełęczy około 14:00. Mówi, że zamierza tam zabiwakować, bo „jest zbyt zmęczony, żeby schodzić, więc odpocznie, aby w nocy ruszyć na szczyt”. Namawiamy go do zawrócenia. Umawiamy się na kolejny kontakt około 20:00. Sytuacja jest bardzo poważna i jeżeli Grzegorz nas nie posłucha, nie będziemy mogli mu w żaden sposób pomóc, bo dojście tam zajęłoby nam co najmniej dwa dni.
O umówionej godzinie wywołujemy Grześka przez radio i dowiadujemy się, że nadal jest na przełęczy, natomiast Włoch, z którym się wspinał, wycofał się z powodu utraty raka. Przekonujemy go do odwrotu, mówiąc, że nie uda mu się zregenerować na tej wysokości. W końcu stwierdza, że musi to sobie przemyśleć. Nam pozostaje tylko czekać. Po kilku minutach informuje, że jednak schodzi do trójki. Wszyscy w mesie jesteśmy szczęśliwi z takiego obrotu sprawy. Ostatecznie Grzesiek przed północą bezpiecznie dociera do namiotu , podczas zejście biorąc udział w ewakuacji rumuńskiego wspinacza, który w ciężkim stanie został odnaleziony pod przełęczą..
K2 – IŚĆ CZY NIE IŚĆ…
Po upewnieniu się, że Grzesiek zszedł bezpiecznie, w naszych głowach pojawia się pytanie: „Idziemy na K2?”. Mój plan zakładał, że jeżeli w dobrym czasie wejdę na Broad Peak i będę czuł, że mam rezerwy, podejmę wyzwanie. Przed wyjazdem z Islamabadu zostawiliśmy Akbarowi depozyt na pozwolenia.
Jest 22 lipca, drugi dzień odpoczywamy w bazie. Siedzimy w mesie i zaczynamy rozmowę. W grze zostaję ja, Hati i Radek. Oczywiście pojawia się mnóstwo pytań i wątpliwości. Jesteśmy zmęczeni, mamy mało czasu na regenerację, ale jednocześnie dostajemy z Polski prognozę pogody, zgodnie z którą na 28 i 29 lipca zapowiadany jest summit day. Pamiętam tę rozmowę: powiedziałem, że marzę o wejściu w ścianę K2 i choćbym miał tylko dojść do jedynki, chcę dotknąć tej magicznej góry. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że ruszymy na K2 i poleciliśmy Akbarowi, żeby załatwił pozwolenia. Gdy informacja rozniosła się po bazie, podszedł do nas Saulius, wspinacz z Litwy, którego poznałem rok temu, podczas trekkingu pod Gaszerbrumy. Zapytał, czy może do nas dołączyć. Zgodziliśmy się, zastrzegając, że możemy się nawzajem wspierać, ale działamy jako samodzielnie zespoły.
Zaczęliśmy liczyć czas potrzebny na wejście, zejście i trekking powrotny. Jedyna data, która nas trzymała na sztywno, to lot powrotny do Polski, wykupiony na 5 sierpnia. Więc aby realnie myśleć o wejściu na szczyt, musielibyśmy wyruszyć z bazy najpóźniej wczesnym rankiem w niedzielę 24 lipca. Dzięki uprzejmości oficera łącznikowego mogliśmy rozpocząć wspinaczkę do obozu I bez oficjalnych permitów, które mieliśmy otrzymać dopiero w poniedziałek. Jednocześnie obiecaliśmy, że jeżeli nie dostaniemy zezwoleń, zawrócimy.
Sobotę 23 lipca poświęciliśmy na pakowanie plecaków. Z uwagi na to, że nie działaliśmy na K2 i nie mieliśmy tam żadnych rzeczy, musieliśmy wziąć ze sobą trzyosobowy namiot, osiem kartuszy z gazem, śpiwory, maty, kombinezony puchowe, sprzęt osobisty, raki, czekany i jedzenie na siedem–osiem dni. Każdy z plecaków ważył około 20 kilogramów, do tego dochodziły buty ekspedycyjne, bo aż do obozu wysuniętego (ABC) mieliśmy zamiar iść w lekkich butach.

DO OBOZU I
24 lipca. Zgodnie z planem wyruszyliśmy o 5:00. Chcieliśmy tego dnia dojść do jedynki, położonej na wysokości około 5900 metrów. Droga do bazy pod K2 mija sprawnie, dalej prowadzi jeszcze kawałek moreną, a później już terenem lodowcowym. Po przejściu kilku uszczelinionych miejsc, kierując się traserami i kopczykami, docieramy do ABC. Tutaj przebieramy się i zostawiamy w depozycie lekkie buty i kije.
Schodzimy z morenki, na której leży obóz wysunięty, i wbijamy się w ścianę. Jest miękko, śnieg to mokra breja, odbijamy więc w lewo i skalnym terenem pniemy się do góry. Na K2 od razu robi się bardzo stromo. Działając na Żebrze Abruzzich, jesteśmy narażeni na spadające kamienie. Najpierw słyszysz przeraźliwy świst, a później widzisz lecący z nieba kamień. Jeżeli masz szczęście i cię ominął albo zdołałeś się ukryć pod jakąś skałą, wygrałeś życie. Niestety, tego dnia swoje przegrał kanadyjski wspinacz, którego kamień trafił w obozie II i z wysokości około 6700 metrów zrzucił ponad półtora kilometra, do podstawy ściany. Mężczyzna przeleciał obok mnie, w odległości zaledwie kilkunastu metrów. Zastanawiałem się, dlaczego był bez sprzętu, dopiero później dowiedziałem się, że został trafiony, kiedy szpeił się w obozie. Nie mogę powiedzieć, że ta sytuacja nie wywarła na mnie wrażenia, choć jestem oswojony z widokiem śmierci w górach, bo jako ratownik GOPR-u czasami mam przykry obowiązek zniesienia ciała człowieka.
Zatrzymuję się na chwilę, chwytam za radio i nawiązuję łączność z bazą. Zawsze w takiej sytuacji myślę, że jest jakaś szansa na uratowanie poszkodowanego, ale jestem też realistą, widziałem, co się wydarzyło. Później dowiem się, że ekipa wysłana po Kanadyjczyka nie zdołała go zabrać. Gdy w ABC zrobili krótką przerwę, zeszła duża lawina, grzebiąc ciało. Można powiedzieć: „szczęście w nieszczęściu”.
Po drodze do jedynki mijamy wielu działających na tlenie klientów nepalskich agencji, wracających z ataku. Spotykamy Monikę Witkowską. Rozmawiamy chwilę, ale szybko się żegnamy, bo przed nami jeszcze dużo metrów do góry. Na szczęście nie pada, a przysłonięte chmurami słońce czasami się przez nie przebija. Szokuje mnie, że śladami wspinaczy płynie ogromny potok. Takich rzeczy nie widywałem dotąd w górach wysokich. To efekt przede wszystkim zmian klimatycznych, które są tu bardzo widoczne.
Sześć godzin później docieramy do obozu I (5900 m). Jesteśmy bardzo zaskoczeni jego wyglądem. Wszędzie walają się puste plastikowe butelki, zużyte kartusze… To też cmentarzysko namiotów – każdy kolejny rozbijany jest na szczątkach poprzedniego. Prawie wszystkie to pozostałości po dużych, czteroosobowych namiotach agencyjnych. Wspinaczy sportowych nie stać na zostawienie drogiego sprzętu. Co innego agencje, które kasują od klientów nawet po kilkadziesiąt tysięcy dolarów za pakiet. Szukamy bezpiecznego miejsca pod namiot, niestety te osłonięte są zaklepane. Musimy więc rozstawić go na otwartej przestrzeni, narażonej na bombardowanie. Pod spód podkładamy, co się da, bo śpimy na śmieciach i boimy się, że podłoga może nie wytrzymać.
Resztę dnia spędzamy na odpoczynku. Przeszliśmy dzisiaj 10 kilometrów z bazy pod Broad Peakiem i ponad kilometr w górę. Zapadł już zmierzch, leżymy w śpiworach, gdy nagle słychać charakterystyczny dźwięk spadającego kamienia. Podnoszę się, żeby wyskoczyć z namiotu i zobaczyć, gdzie leci. Nie zdążyłem – obok słyszę huk uderzenia. Tej nocy śpimy czujnie, budzę się co jakiś czas, ale później dociera do mnie, że przed takim zagrożeniem nie uciekniemy.

OBÓZ II
25 lipca. Wstajemy około 3:00. Niestety mocno sypie, więc postanawiamy przeczekać. Ostatecznie o 6:00 zaczynamy się pakować. Pogoda lekko się poprawiła. Dzisiaj zamierzamy dojść do dwójki, położonej na wysokości 6700 metrów, czeka nas więc przejście słynnego Komina House’a. Startujemy po 8:00, bo zwinięcie całego obozu i nagotowanie wody zajmuje sporo czasu.
Jest zimno, więc wspinam się w grubych rękawicach. Przydałoby się trochę słońca. Poruszamy się sprawnie, wymieniając się na szpicy. Niżej widzimy Sauliusa, który powoli podąża za nami. Do obozu II idzie się w stromym, skalnym terenie, drogę do góry wyznaczają pozostałości poręczówek. Szukamy nowych lin, ale ich rozpoznanie nie zawsze jest łatwe i czasami orientujemy się, że małpa wpięta była w potarganą żyłę. Dlatego zawsze staramy się mieć backup, wpinając się karabinkiem do jednej lub kilku innych lin.
Po około pięciu godzinach docieramy do „niskiej dwójki”, tuż przed Kominem House’a. Spotykamy tu znajomego Szerpę, który idzie do góry ze swoim klientem z Meksyku, Erixem. Właśnie wychodzą z namiotu agencji i mówią, że możemy go zająć, bo dzisiaj nikt już nie przyjdzie. Bardzo cieszy nas wizja komfortowego noclegu w przestronnej czwórce, a najbardziej to, że rano nie będziemy musieli jej zwijać. Wbijamy się do środka i zaczynamy gotowanie. Na zewnątrz pada i wieje. Praktycznie już o zmierzchu dochodzi Saulius i rozbija się obok. Zasypiamy, zmęczeni wspinaczką z ciężkimi plecakami w eksponowanym terenie.
DROGA DO OBOZU III
26 lipca. Trzeci dzień wspinania na K2. Wstajemy później, niż zaplanowaliśmy – duży namiot, to i dobry sen. Pogoda z rana się poprawiła. Gotujemy, jemy lekkie śniadanie i zbieramy się do wyjścia. Jesteśmy ciekawi, czy to, co czytaliśmy o KominieHouse’a, pokrywa się z rzeczywistością. Pod trudnościami widzimy kilka lin i stalową drabinkę. To około 30-metrowy kominek o trudnościach może IV, jednak poręczówki i drabinka obniżają wycenę. Wpinam się w najlepiej wyglądającą linę i czujnie ruszam do góry. Drabinka czasami pomaga, wolę jednak znaleźć stopnie i chwyty chociaż na jedną nogę lub rękę, bo jakoś jej nie ufam. Niby nie jest to trudny odcinek, jednak przewspinanie go z 20-kilogramowym plecakiem nie należy do łatwych. Po przejściu komina dochodzimy do właściwego obozu II i czekamy na ekipy, które startują w górę. Nie chcemy brać na siebie całego trudu torowania w świeżym śniegu.
Ruszamy dalej. Wchodzimy w kolejny wymagający fragment – Czarną Piramidę. Zaczyna się skalne, techniczne wspinanie w eksponowanym terenie. Znów mamy do pokonania kilka prawie pionowych fragmentów. W połowie dnia pogoda się pogarsza i w złych warunkach, po niespełna 10 godzinach docieramy do obozu III (7400 m). Rozbijamy namiot. Na takiej wysokości zagotowanie wody trwa bardzo długo. Planujemy akcję na następny dzień i staramy się coś ustalić z ekipami, które doszły do trójki, w tym z naszą znajomą Flor i jej partnerem wspinaczkowym z Iranu. Teren powyżej jest śnieżno-lodowy, do pokonania mamy duże pola i długie eksponowane trawersy. Droga w całości jest zasypana, nie ma żadnych śladów, wiemy więc, że kolejnego dnia czeka nas torowanie w głębokim śniegu.

OBÓZ W STREFIE ŚMIERCI
27 lipca. Czwarty dzień w ścianie zaczynamy tradycyjnie gotowaniem. Po śniadaniu zwijamy namiot i pakujemy się do wyjścia. Nikt jeszcze nie wyruszył, pomimo że umówiliśmy się z kilkoma ekipami na start najpóźniej o 10:00. Przychodzi Flor z wiadomością od Włochów: będą torować, jeżeli zapewnimy im namiot w obozie IV. Jesteśmy zdziwieni taką postawą. Walczymy przecież wspólnie i jeżeli każdy przetoruje po 50 kroków na zmianę, to razem dotrzemy do celu. Tym bardziej że część osób wspina się z Szerpami, którzy wspomagają się tlenem, więc dla nich to całkiem inny wymiar wysiłku. Poza tym wzięli za to pieniądze, a teraz czekają, aż wspinacze sportowi zrobią za nich robotę. Widząc, że nikt się nie wybiera do góry, idziemy z Flor i jej partnerem. Śniegu leży bardzo dużo, czasami po pas. Najgorzej jest na stromych odcinkach, bo tam po prostu zjeżdżamy, a nasze ślady się zasypują. W ciągu dwóch godzin udaje nam się urobić tylko 200 metrów przewyższenia. Reszta ekip obserwuje nas z obozu. Po jakimś czasie ruszają i dochodzą po naszych śladach. Puszczamy ich przodem i cieszymy się, że duch walki zespołowej zwyciężył. Gdzieś w połowie drogi na prowadzenie wychodzą Szerpowie, którzy ostatecznie kończą torowanie.
Do położonej na wysokości prawie 8000 metrów czwórki docieramy o 15:00. Czasu nie ma zbyt wiele – na atak szczytowy chcemy wyjść w nocy. Regeneracja i odpoczynek na tej wysokości to iluzja. Po zachodzie robi się już bardzo zimno, więc ubrani w kombinezony puchowe wbijamy się do śpiworów, z zapasem wody na wyjście. Teraz, kiedy można odpocząć, w głowie pojawiają się różne pytania: czy dam radę, czy organizm nie jest na tyle wyczerpany, aby odmówić dalszej akcji? Wspinamy się przecież bez użycia tlenu na drugi ośmiotysięcznik w krótkim czasie. Takie obawy towarzyszą chyba każdemu, ale nie rozmawiamy o nich. Pytamy się tylko nawzajem o samopoczucie, mierzymy saturację i ustalamy godzinę wyjścia na 1:00
w nocy.

fot. Mariusz Hatala
ATAK SZCZYTOWY
27 lipca. Wstajemy przed północą i zaczynamy przygotowania do wyjścia. Niełatwo ubrać się w ciasnym namiocie, w którym śpimy we trzech. Gotujemy wodę. Nie jem nic poza batonem. To prawie 250 kcal, więc na razie wystarczy. Wlewam picie do bukłaka i wkładam do kamizelki na plecach. Do zewnętrznych kieszeni spodni pakuję batony energetyczne This1, bo one nie zamarzają, natomiast żele do wewnętrznych. Startujemy około 1:00, Szerpowie ze swoimi klientami już wyszli. Najpierw droga pnie się połogim polem śnieżnym. Wyżej robi się coraz bardziej stromo. Zakosami dochodzę do skał, które wyprowadzają mnie pod tak zwany Wielki Serak – może mieć ponad 100 metrów. Gdy w obozie IV zobaczyłem go po raz pierwszy, pomyślałem, że jeśli kiedyś odpadnie, zrujnuje kawał góry. Liczę jednak, że nie stanie się to dzisiaj.
Przejście pod serakiem jest zaporęczowane, wpinam się więc i przechodzę eksponowany trawers. Czuję się dobrze, co pół godziny staram się pić kilka łyków ciepłego napoju i coś przegryźć. Za serakiem droga zawija w prawo i pnie się stromymi lodowymi ściankami. Pokonuję ten odcinek sprawnie, a gdy wchodzę w kolejną lodową ściankę, wschodzi słońce. W jego czerwonych promieniach dostrzegam dwie postacie, które zawisły na lonżach. Po prawej, na starej linie wisi zamarznięte ciało, najprawdopodobniej Johna Snorriego, który zginął podczas próby zimowego zdobycia K2 w lutym 2021 roku.
A na nowej poręczówce jest wspinacz, którego właśnie ktoś ominął. Nie potrafię przejść obok człowieka, nie wiedząc, czy nie potrzebuje pomocy. W duchu liczę na to, że gość odpoczywa. Trącam go i pytam, czy wszystko OK. Nie reaguje, a jego ciało odchyla się bezwładnie na bok. Widzę, że jest w bardzo złym stanie, na granicy przytomności – wspina się bez użycia tlenu. Z ręki wypada mu czekan. Macam jego plecak w poszukiwaniu butli z tlenem ratunkowym, ale ma w nim tylko glajta. Orientuję się, że to Francuz, Benjamin, który w tym samym dniu co my wszedł na Broad Peak. W siedem i pół godziny z bazy, ustanawiając nowy rekord, a następnie zleciał na paralotni. Zapewne na K2 też chciał powtórzyć ten wyczyn, ale jego ciało odmówiło współpracy. Staram się go ocucić – coś bełkocze, odzyskując świadomość. Próbuję przepiąć go do zjazdu, ale mam z tym duży problem, bo w jego małym karabinku trudno zmieścić półwyblinkę. Ostatecznie jakoś mi się to udaje. Widzę, że ze szczytu wraca Erix. Proszę go o pomoc, bo wspina się z użyciem tlenu, który jest teraz dla Benjamina jedynym ratunkiem. Chwilę później dochodzi jego Szerpa i po krótkiej wymianie zdań postanawiają pomóc. Erix oddaje mu swoją butlę i razem sprowadzają go do obozu IV.
Ta sytuacja uświadomiła mi, że nawet jeśli jesteś świetnie przygotowanym sportowcem, musisz być bardzo czujny i obserwować swój organizm, aby nie przekroczyć linii, za którą nie ma już odwrotu. A obojętność ludzi pokazuje, jakiemu przewartościowaniu uległy zasady, którymi kiedyś kierowali się wspinacze. Chciałbym wierzyć, że na swojej drodze będę spotykał tylko takich wspinaczy jak Erix, którzy bez wahania udzielą pomocy osobie potrzebującej, a nie będą się ścigać w drodze na szczyt.
Kiedy sytuacja zostaje opanowana ruszam w kierunku wierzchołka. Wychodzę ze stromego terenu w pola podszczytowe. Droga ciągnie się niemiłosiernie. Wydaje się, że zza ścianki wyłoni się grań szczytowa – niestety, to kolejna ścianka do pokonania. Spotykam zmęczonego Radka, którego pytam, ile jeszcze do szczytu. Ponoć godzina, może dłużej.
Gratuluję schodzącemu Hatiemu, ale po chwili widzę, że jakieś 100 metrów niżej stanął przy Sauliusie. Włączam radio i nawiązujemy łączność. Hati mówi, że Saulius źle wygląda, i pyta, czy mógłbym na niego zaczekać albo zwolnić. Odpowiadam, że zwolnię i będę dla niego torował. Wiem, że wejście na K2 to będzie dla niego ogromny sukces – zostanie pierwszym Litwinem, który zdobędzie ten szczyt, w dodatku bez użycia tlenu.
Dochodzę do przełamania i wchodzę w grań szczytową. Dostaję zastrzyk energii, widząc flagi na wierzchołku. W końcu spełnia się moje marzenie – jestem na K2, Górze Gór. Niemożliwe staje się faktem. Mam ogromne szczęście, bo jako jedyny z naszej trójki trafiłem na szczycie na dobrą pogodę. Nagrywam filmy, robię zdjęcia i wypatruję Sauliusa. Martwię się, że może zrezygnował, jednak w końcu pojawia się w oddali. Czekam na niego ponad godzinę, w końcu dochodzi do mnie i siada zmęczony na szczycie. Gratuluję mu ogromnego sukcesu, jednocześnie prosząc, abyśmy szybko rozpoczęli zejście. Robimy sesję zdjęciową i nie bez problemów rozpoczynamy powrót. Idę w jego tempie, czasami go wyprzedzam i czekam na przepinkach. Chcę mieć pewność, że niczego nie pomyli, że wepnie się dodatkowo do jakiejś starej liny. Tak docieramy do trawersu pod Wielkim Serakiem, pokonujemy go czujnie i schodzimy trudniejszym skalnym odcinkiem, wyprowadzającym na ogromne pole śnieżne. Tutaj Saulius może iść już swoim tempem, bo teren jest bezpieczny. Ja natomiast ruszam, aby jak najszybciej dotrzeć do obozu. Gdy widzę nasz namiot, siadam na śniegu. Dopiero teraz uświadamiam sobie, czego dokonałem. Po chwili witam się z chłopakami, którzy nagotowali mi wody. Uzupełniam płyny, rozmawiamy. Saulius dociera bardzo późno.

ZEJŚCIE
29 lipca. Druga noc na wysokości prawie 8000 metrów. Budzimy się wcześnie rano. Wiemy, że nie możemy zwlekać z zejściem, bo pogoda się pogarsza. Pakujemy obóz, śmieci i wszystko, co wnieśliśmy – plecaki ważą po około 17 kilogramów.
Zatrzymujemy się w trójce, aby odkopać depozyt i coś zjeść. Odpoczywamy godzinę przed trudnym zejściem Czarną Piramidą. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, a musimy zachować czujność, aby nie strącić jakiegoś kamienia na osoby niżej. Liczymy, że podobnie myślą wspinacze nad nami.
Do obozu drugiego dochodzimy późnym popołudniem i wbijamy się do wolnych namiotów porzuconych przez agencje. Jak się okazuje, ten, w którym śpię, został rozbity na stercie śmieci – pod spodem czuję jakieś metalowe puszki, dlatego nie odważam się rozłożyć dmuchanego materaca. Zresztą i tak trudno mówić o dobrym śnie, bo na zewnątrz mocno sypie i niemiłosiernie wieje. Wieczorem do obozu docierają pozostałe schodzące ekipy, w tym Flor i Saulius.
30 lipca. Budzimy się bardzo wcześnie, bo chcemy dzisiaj dotrzeć do bazy pod Broad Peakiem. Zaraz po wyjściu z dwójki czeka nas zjazd Kominem House’a. Z duszą na ramieniu wpinam się w jakąś linę, licząc, że wytrzyma jeszcze ten jeden raz. Na szczęście cały i zdrów melduję się niżej. W czasie zjazdów dochodzi jednak do wypadku: zrywa się lina, na której jest Hati, ale wpięty backup po 10 metrach wyłapuje jego lot. Jak się później okazało, w wyniku uderzenia Hati miał pęknięte żebro i skręcony staw kolanowy.
Pogoda robi się bardzo kiepska. Zresztą w czasie całej naszej działalności na K2 mieliśmy może dwa dni dobrej aury. W końcu dochodzimy do bezpiecznego ABC. Przepakowujemy się, zdejmujemy ciężkie buty. Zaczyna padać, więc jak najszybciej schodzimy w kierunku bazy pod K2. Hati lekko kuleje. Nie wiem, czy nie będzie potrzebował wsparcia, wolę nie zostawiać go samego. Godzinę później docieramy do bazy, gdzie w nagrodę szef kuchni, Younis, przygotowuje dla nas pyszne burgery. Odpoczywamy krótko – musimy się bardzo spieszyć, bo nasi współtowarzysze już wyruszyli w trekking powrotny lodowcem Baltoro. W ciemnościach meldujemy się w mesie pod Broad Peakiem i odbieramy gratulacje. Po kolacji udajemy się do namiotów i zapadamy w zasłużony sen.
31 lipca. Ostatni dzień w basie spędzam na pakowaniu rzeczy do beczek. Nie ma czasu na odpoczynek. Następnego dnia wyruszamy wcześnie rano. Musimy gonić naszych i czterodniową trasę lodowcem Baltoro pokonać w dwa dni. W samolot do Polski wsiadamy rankiem 5 sierpnia.
Tekst został opublikowany w 290 (1/2023) numerze Magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersję w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



