Born From the Climbing Life — Odcinek 4: Drifter’s Escape

W każdym serialu filmowym dramaturgia całej historii nieubłaganie zmierza ku finałowi. Scenarzyści starają się zwykle co prawda, żeby intryga nie była zbyt przewidywalna, ale to finał ma być ukoronowaniem historii i ostatecznym zaskoczeniem. Wszak w dobrym kryminale dopiero w ostatniej scenie dowiadujemy się, że sprawcą zbrodni był ktoś, kogo przez całą historię sprytnie stawiano daleko poza kręgiem podejrzeń.

W serii „Born from the Climbing Life” nie ma co prawda aż tak dramatycznych wydarzeń, ale – co wszyscy wspinacze wiedzą doskonale – nie jest to sport zupełnie bezkrwawy. Zwłaszcza, jeśli mowa o pokonywaniu linii, które są uważane za absolutne ekstrema dostępne wyłącznie dla garstki najzdolniejszych i najbardziej zdeterminowanych.

Realizatorzy zaczęli, a jakże, od trzęsienia ziemi, śledząc zmagania Connora Hersona z najtrudniejszymi tradowymi liniami w Norwegii. W trzecim odcinku przenieśliśmy się z całą ekipą na Lazurowe Wybrzeże, gdzie Connor i Jacopo Larcher wzięli na cel legendarną tradową drogę Jamesa Pearsona – Bon Voyage 9a.

W tym serialu bieg wydarzeń jest mocno niestandardowy, bo w ostatnim odcinku zaserwowano nam nie rozwiązanie wszystkich zagadek, ale… retrospekcję. Wracamy bowiem do źródła pomysłu na cykl „Born From the Climbing Life”.

Latem 2025 roku, po około 20 próbach na przestrzeni dwóch sezonów, Connor Herson dokonał pierwszego przejścia drogi Drifter’s Escape na Stawamus Chief w kanadyjskim Squamish. Zaproponował wycenę 5.15a (9a+), co czyni tę linię kandydatką do miana najtrudniejszej drogi tradowej na świecie. Kandydatką, bo wycena po jednym przejściu jest zawsze tylko propozycją, i często zdarza się, że kolejni wspinacze sugerują niższą (rzadziej wyższą) wycenę.

Wyobraź sobie bulder za 8A pięć wyciągów nad ziemią, z kilkuset metrami powietrza pod stopami, i tradową, dającą diametralnie inny komfort niż wklejone spity, asekuracją. Wyżej jest równie ciekawie. Kolejne rysy za 5.13, i następny problem bulderowy za 8A. To wszystko możemy zobaczyć w finałowym odcinku Born from the Climbing Life, przedstawiającym historyczne, pierwsze przejście prawdopodobnie najtrudniejszej drogi tradowej na świecie.

Powrót do przyszłości

Jak dopisać do historii Yosemite nowy rozdział?

Tekst / Connor Herson

Dorastałem wspinając się w muzeum. Nie da się tego nazwać inaczej, bo ogromna część historii tego sportu zapisana jest w granitowych ścianach Yosemite. Znajdując w skale stary, ćwierćcalowy spit albo zardzewiały hak, nie mogę nie pomyśleć o pionierach Złotej Ery. Jak mógłbym przejść pod El Capitanem, nie wspominając Lynn Hill i Stone Masters — wspinających się po ścianach, które wcześniej uważano za niemożliwe do przejścia? Te dwie generacje — Złota Era i Stone Masters — są absolutnie legendarne, a ja dotykam teraz tej samej skały co ci giganci.

Nie wiedziałem wtedy, że historia wciąż się pisze. Kiedy rodzice zaczęli zabierać mnie na wspinanie w Yosemite, era Stone Monkeys dobiegała końca. Po śmierci Deana Pottera w 2015 roku, gdy miałem zaledwie dwanaście lat, wydawało się, że ten rozdział został definitywnie zamknięty. W tym samym czasie co prawda rozwijała się równolegle wspinaczka klasyczna, ale pierwsze takie przejście Dawn Wall (również w 2015) oraz free solo Alexa Honnolda na El Cap w 2017 roku zdawały się i w tej kwestii stawiać kropkę. Księga historii Doliny została zamknięta i umieszczona za szybą — do podziwiania, ale nie do dopisywania.

Nie znaczy to jednak, że nic się w Yosemite nie działo. Od tamtych czasów, aż do około 2022 roku, co sezon pojawiał się tam coraz większy tłum. Klasyczne przejścia czegokolwiek na El Cap poza Freeriderem pozostawały jednak nadal rzadkością. Kluczowe drogi poprzednich pokoleń — od Dawn Wall, przez Lurking Fear, po jednowyciągowe linie jak Meltdown Magic Line — rzadko w ogóle próbowano przejść, nie mówiąc nawet o udanych próbach. Yosemite stało się artefaktem, reliktem przeszłości, a przyszłość wspinaczki zdawała się leżeć zupełnie gdzie indziej – w igrzyskach olimpijskich, ekstremalnym boulderingu i wspinaczce sportowej — ale nie w Dolinie.

W ostatnich latach zaczęło się to zmieniać.

Dawn Wall doczekała się kolejnego klasycznego przejścia. Freerider został zrobiony „z marszu”. A potem w jeden dzień. Lurking Fear po 25 latach doczekała się pierwszego klasycznego powtórzenia. Liczba wspinaczy, którzy przeszli Nose w jeden dzień, podwoiła się w ciągu zaledwie miesiąca. Magic Line Meltdown zaczęły notować wiele poważnych prób i przejść każdego roku. Yosemite Triple Crown (red. – El Capitan, Half Dome i Mt. Watkins w 24 godziny) ma teraz kilka powtórzeń w sezonie. Wymyślono też coś jeszcze większego – Quad Linkup (red. – Mt. Watkins, El Capitan, Washington Column, Half Dome). Klasyczne przejście El Capa w jeden dzień przestało być rzadkością, a tzw. testpieces jak El Corazón, Golden Gate, Pre-Muir czy El Niño regularnie notują kolejne przejścia. Na dnie Doliny najpierw została przełamana boulderowa bariera V12, a potem pojawiły się ekstrema takie jak Darkside Last Line of Defense (oba V16). Osiągnięcia poprzedniego pokolenia są teraz wyrównywane szybciej, lepszym stylem i częściej niż kiedykolwiek.

Do Doliny weszła nowa fala wspinaczy — i zostanie tam na dobre. Wkrótce obok nazwisk takich jak Harding, Robbins, Hill, Kauk, Potter, Caldwell czy Honnold pojawią się nowe: Zangerl, Larcher, Moss, Vidi, Warme, Traversi, Berthe i wielu innych, których jeszcze nie znamy.

Czy księga historii znów została otwarta? Czy zaczął się nowy rozdział? Czy to pokolenie zasługuje, by stanąć obok bohaterów Złotej Ery, ramie w ramię ze Stone Masters i Stone Monkeys?

Myślę, że jesteśmy blisko. Bardzo blisko.

Dorównywanie osiągnięciom poprzednich pokoleń robi wrażenie, ale to nie to czyni daną epokę wyjątkową. Tym, co zawsze wyróżniało wspinaczy, było marzenie o czymś większym, sięganie dalej i przesuwanie granic. Takim czymś było wspinanie się na Half Dome — wcześniej uważane za nierealne — potem na El Cap, a później robienie tego w coraz lepszym stylu: odrzucenie młotka i przejście El Capa klasycznie, robienie tego na coraz trudniejszych drogach, a ostatecznie El Cap pokonany w jeden dzień. Czymś takim była Triple Crown, bicie rekordów na Nose, dwa klasyczne przejścia El Cap jednego dnia i przejście Meltdown. Tak, dzisiejsze osiągnięcia są imponujące, ale najbardziej ekscytuje mnie przyszłość.

Jakie niewyobrażalne dzisiaj przejścia przyniesie? Jakie linie, uważane teraz za nierealne, okażą się jednak możliwe? Na jakie łańcuchówki pozwoli idealna taktyka? Które buldery w końcu „puszczą”?

Każdy kolejny sezon w Dolinie przynosi nowe twarze i rosnącą ekscytację. Wspinając się na Leaning Tower, na linii autorstwa Todda Skinnera i Deana Pottera, czuję namacalną energię — potencjał jej ukończenia. W tym sezonie próbowało jej już ze mną pięciu innych wspinaczy i panuje między nami idealna atmosfera. Zamiast wyścigu o pierwsze przejście, to wspólna próba rozwiązania kluczowego miejsca — dzikiego, 45-metrowego wyciągu sportowego z bulderowymi sekwencjami każdego możliwego stylu. Wszyscy tak samo chcemy zobaczyć jak ktoś tę drogę pokonuje, jak chcemy przejść ją sami. Kolejność nie ma znaczenia.

Najlepsze jest to, że projekt na Leaning Tower to tylko jeden z wielu. Często słyszę szepty o nowych liniach. Szalonych pomysłach, biorących na cel coś uznawanego dotychczas za niemożliwe. Te projekty, pozostawione przez Stone Masters i Monkeys niczym puste strony, czekają teraz na nowe pokolenie, by dopisało kolejny rozdział i zapisało się w tej świętej księdze.


Źródło / materiały prasowe Black Diamond

REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026