Wstawka… Lokalna ciekawostka. Must have – połoga rysa na nogi i dłonie. Wygląda przystępnie. W zasadzie taka jest… Ale coś tu nie gra. Ślisko. To żart? Niebieska skała pomalowana farbą. Psychodeliczny koncept zrodzony w umyśle szalonego Belga. Dobrze, że rysa jest głęboka i prosta. Może piątkowa. Z góry rozciąga się surrealistyczny widok. Wokół kolorowe kamienie – różowe, żółte, pomarańczowe… Najwięcej jest niebieskich i błękitnych. Połyskują w promieniach zachodzącego słońca. Miał chłop fantazję… I cierpliwość. Kolejna rysa – to samo. Ślisko. Tym razem czarna farba. Co za mydło, jak na Jurze! Trzeba się dobrze zacierać, ale i tak wypluwa… Następnym razem puści.
Tekst i zdjęcia / PAWEŁ MIELNIKOW
Zdjęcie otwarcia / Painted Rocks, czyli szaleństwo lat 80.
TOUAREG
– Hello, my friend! You wanna see my shop?!
Niechętnie się prostuję, odkładając zestaw camów na stertę gadżetów do tradycyjnej asekuracji. Jak to się stało, że znowu nas znalazł? – pomyśleliśmy z kumplem w tym samym momencie.
– To ten sam? – słyszę jego pytanie. Upewniam się.
– Tak, ten sam! – odpowiadam.
Dzisiaj to już trzeci raz, a jesteśmy tu dopiero dobę. Co za typ! Ma chyba jakiś radar albo układ z lokalną wypożyczalnią samochodów i dostęp do GPS-a, ukrytego w naszym Renault Express. Pojawił się znikąd i znalazł nas pośród niczego… Niesamowite! Ciekawe, kiedy znów go spotkamy? Touareg – tak go nazywają. Lokalny sprzedawca dywanów. Facet w wielkim turbanie, odziany w niebieską, tradycyjną dżellabę. Miejscowi chyba mają to w genach – pojawiają się niepostrzeżenie, niczym pustynne duchy.
Touareg bez wątpienia zna teren. A przynajmniej zna miejsca, do których można łatwo dotrzeć, nie zsiadając z motorynki i gdzie można znaleźć wspinaczy, czyli potencjalnych klientów. Sympatyczny, choć trochę namolny typ. Jak wielu handlujących czym popadnie Marokańczyków. Widać ich głównie w dużych miastach, w okolicach medyn i suków, gdzie sprzedawane są lokalne towary i badziewie dla turystów. Dla tutejszej społeczności jest to okazja do zarobku… Nie ma co się dziwić – Maroko to kraj pełen kontrastów, zamieszkiwany przez wielu ubogich ludzi.
Na jednym z kempingów jest tłoczno. A jednak w Tafraout nie ma wielu turystów. Spokojna mieścina u podnóża gór, 6000 mieszkańców, wszyscy się znają. Tereny w pobliżu miasteczka nadają się nie tylko do wspinania, ale także na wycieczki rowerowe, a góry Antyatlas, z licznymi podjazdami i pięknymi widokami, wydają się jakby stworzone do outdoorowych aktywności, jak trekking i wspinanie.
– No, thanks. Next time! – odpowiadam Touaregowi.
Wracamy do roboty i zaczynamy ogarniać zabawki do kolejnej tradowej przygody. Wokół rozrzucone na wzgórzach kamienne bloki, mniejsze i większe grupy skał. Cisza, zmącona szumem wiatru i odjeżdżającej motorynki.

TAFRAOUT – WSPINANIE DLA SMAKOSZY
Górski klejnot ukryty pośród pustynnych krajobrazów okolicznych wzgórz. Granitowe kamienie, pomalowane na pastelowe barwy przez belgijskiego artystę Jeana Vérame’a, stanowią lokalną atrakcję. Ten marokański
rejon jest rozległy i jeszcze mało znany, ale zapewnia dobre możliwości wspinaczkowe.
Tafraout wyróżnia się dzikością i brakiem tłumów w skałach. Ale nade wszystko jest to rejon tradowy, z kilkoma sektorami sportowymi i turniami, na które wiodą drogi wielowyciągowe. Poza tym to miejsce z potencjałem bulderowym.
Granitowe turnie dają możliwość wspinania się po drogach mających nawet 200 metrów długości. Jednak dominują tu krótsze i bardziej treściwe wspinaczki – zazwyczaj po ścianach pionowych i połogich, a przewieszenia i okapy należą do rzadkości. Najczęściej będziemy się poruszać formacjami wklęsłymi, w rysach o różnych rozmiarach, ale zdarzają się też drogi poprowadzone w tarciowych, połogich płytach.
Lokalny granit jest dobrej lub bardzo dobrej jakości. Swoją strukturą przypomina ten, z jakim mamy do czynienia w Rudawach Janowickich. Czasem znajdujemy na drodze fragmenty kruchej skały – na przykład odlepiające się od monolitu tafle. Należy pamiętać, że jesteśmy w pustynnym rejonie, gdzie występują spore skoki temperatur, co znacząco wpływa na strukturę skały. Dlatego też zdecydowanie warto wspinać się i asekurować w kasku, nawet na drogach sportowych. Póki co rejon jest relatywnie „świeży” i potrzeba jeszcze trochę czasu, aby nieco bardziej się ucywilizował.

Tekst w całości przeczytasz w 303 (2/2026) numerze Magazynu GÓRY.
GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link
