BEZ WIDOKÓW NA NUDĘ

O intensywnym wspinaniu się i przejściu setek dróg – w Tatrach i na dużych ścianach Alp, Sardynii, Sycylii, Korsyki czy Maroka – oraz wyjątkowej sztuce łączenia pasji z absorbującą pracą z ANDRZEJEM FICKIEM, wiceprezesem klubu wysokogórskiego, autorem bloga i wielotomowego przewodnika wspinaczkowego po najpiękniejszych drogach w Tatrach, rozmawia PIOTR GRUSZKOWSKI.

Rozmawiał / PIOTR GRUSZKOWSKI

Zdjęcie otwarcia / Na stanowisku Drogi Surdela, MSW; fot. Anna Cichoń


JAK ZACZĘŁA SIĘ TWOJA PRZYGODA ZE WSPINANIEM W GÓRACH?

Góry zawsze były dla mnie ważne i od dzieciaka mnóstwo czasu spędzałem na wędrówkach. Niższe pasma, jak Beskidy czy Bieszczady, przeszedłem wzdłuż i wszerz. Potem zaczęła się moja przygoda z Tatrami i Alpami. Początkowo szlakowo i pozaszlakowo, wchodząc na wszystkie nasze najwyższe szczyty oraz odwiedzając sporo alpejskich – tam pojawiły się ferraty i pierwsze graniówki. Śmieję się, że wspinanie było naturalnym, kolejnym krokiem po tym, jak w Tatrach skończyły się ścieżki i „musiałem” zainteresować się ścianami. W skałach po raz pierwszy pojawiłem się bardzo późno, bo mając prawie 30 lat. Ale jak już się wkręciłem, to przepadłem bez reszty, poświęcając na wspinanie i treningi każdą wolną chwilę…

…I TERAZ JESTEŚ JEDNYM Z NAJBARDZIEJ AKTYWNYCH POLSKICH TATERNIKÓW.

Jest spora szansa, że tak właśnie jest, ale nie mnie to oceniać (śmiech). Faktem jest, że od kilkunastu lat wspinam się bardzo dużo w Tatrach, zarówno latem, jak i zimą. Przez wiele lat nie przepuszczałem właściwie żadnego wolnego weekendu ze sprzyjającymi warunkami i kolekcjonowałem kolejne drogi. Sezon letni w Tatrach nie trwa zbyt długo i gdy odejmie się okresy ze słabą pogodą czy wyjazdy w Alpy, to nie zostaje zbyt wiele czasu i trzeba być zdeterminowanym, aby uzbierać co najmniej kilkanaście dróg rocznie. Niewątpliwie pomogło to, że w wielowyciągowe wspinanie wkręciła się moja partnerka, Ania. Mnóstwo dróg zrobiłem z jej nieocenionym wsparciem, nie musiałem też wybierać między pasją a spędzaniem czasu wolnego z najbliższą osobą (śmiech).

Andrzej na drodze Titanic IX-, Osterwa; fot. Marcin Roczniak

JEŚLI PROWADZISZ KAPOWNIK, TO PEWNIE PODASZ NAM KILKA LICZB…

Tak, odnotowuję przejścia górskie. W przeciwieństwie do skał, gdzie ze względu na dużą liczbę linii i nieprzykładanie do nich zbytniej wagi, dawno temu przestałem to robić. Latem w Tatrach zebrałem dotąd około 300 dróg, a moje sezony były zawsze dość intensywne. Przez pewien czas udawało mi się pokonywać około 30 dróg w sezonie, a raz nawet 40. Z czasem, gdy skupiłem się głównie na trudniejszych liniach, liczba ta spadła do około 20. Można powiedzieć, że jakość zaczęła przeważać nad ilością, choć nie pogardzam ciekawymi drogami o niższych wycenach. Co do tatrzańskiej zimy, to na liczniku mam około 120 linii. Tutaj oczywiście ciężko przekroczyć 10 dróg na sezon – zwłaszcza że mam już na koncie łatwe klasyki, zimy bywają słabe, a ich część spędzam na wspinaniu się w ciepłych krajach. Ostatnie sezony zimowe zaczynałem dopiero w styczniu po powrocie z wyjazdów, a kończyłem już w marcu, by na wiosnę kontynuować wspinaczkę letnią. I planuję tak działać w kolejnych latach.

JAKIE DROGI INTERESOWAŁY CIĘ NAJBARDZIEJ?

Ponieważ zacząłem wspinanie górskie równolegle ze skałkowym, przeszedłem długą ścieżkę, od prowadzenia dróg o trudnościach czwórkowych po dziewiątkowe. Większość ludzi w Tatrach celuje w drogi w okolicach szóstego stopnia, a mocni wspinacze skalni od razu interesują się tylko liniami najtrudniejszymi. U mnie był to płynny proces – zaczynałem od łatwiejszych klasyków w Tatrach, Alpach i na dużych ścianach poza nimi, a wraz ze wzrostem poziomu i doświadczenia w sposób naturalny zacząłem interesować się trudniejszymi liniami. To właśnie dzięki temu przeszedłem tak wiele dróg w Tatrach, w różnym stopniu trudności.

Strecha VII+, Szarpane Turnie; fot. Anna Cichoń

A JAK JEST TERAZ?

Nieustannie udaje mi się nieco podnosić poziom sportowy, co otwiera szanse na trudniejsze wielowyciągi. Na liście celów pojawiły się więc krajowe i zagraniczne klasyki o nieco wyższej wycenie, co powinno ostatecznie zaspokoić moje oczekiwania (śmiech). Zawsze jednak podkreślam, że we wspinaniu górskim cyfra nie jest dla mnie najważniejsza. Niejednokrotnie piękniejszą i intensywniejszą przygodę w ścianie przeżyłem na drodze siódemkowej, niż na dziewiątkowej. Zdarzało się też, że całościowo były one większym wyzwaniem – szczególnie na wielkich alpejskich ścianach lub podczas indywidualnego prowadzenia kilkunastu wyciągów. Poza tym w górach cenna jest dla mnie każda droga. Dlatego też, mając dużo głębszą motywację niż „cyfra”, nie obawiam się, że moja pasja osłabnie.

Tekst w całości przeczytasz w 303 (2/2026) numerze Magazynu GÓRY.

GÓRY (czasopismo oraz e-book) można kupić w naszej księgarni Książki Gór > link


REKLAMA

REKLAMA

Czytaj inne artykuły

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026