Niewiele jest na świecie osób zainteresowanych wspinaniem, które nigdy nie słyszały o Adamie Ondrze. To bez wątpienia najlepszy wspinacz naszego pokolenia i prawdopodobnie najlepszy zawodnik w historii tego sportu. Trudno bowiem wskazać kogokolwiek innego, kto przodowałby w tylu dziedzinach. Jedyne przychodzące na myśl nazwiska należą do ludzi, którzy działali w zupełnie innych czasach, kiedy konkurencja była znacznie mniejsza niż obecnie.
Tekst / JAMES PEARSON
Zdjęcia / PETR CHODURA
Tłumaczenie / MONIKA MŁODECKA
Zdjęcie otwarcia / Adam wykorzystuje w 100% zestaw posiadanych umiejętności
W ciągu ostatnich 20 lat poszczególne gałęzie wspinania uległy mocnemu wyspecjalizowaniu. W erze kultowych filmów, takich jak One Summer, osób zajmujących się wyłącznie bulderingiem była garstka. Dziś jest to jedna z niezwykle popularnych, jeśli nie najpopularniejsza forma wspinaczki, w ekspresowym tempie zyskująca kolejnych entuzjastów. Większość z obecnie działających nigdy nie założyła uprzęży i nie związała się liną, ale kocha ten sport tak samo jak reszta kolegów po fachu. Podobnie mnóstwo wspinaczy sportowych nigdy nie osadziło własnego przelotu lub nie posiada kraszpada, niemniej z radością stara się doskonalić umiejętności w wybranej przez siebie dyscyplinie.
Ja sam znany jestem z działalności tradowej i na tym polu poczyniłem zdecydowanie największe postępy. Zawsze jednak trochę mnie to bawi, gdyż trad jest prawdopodobnie najmniej praktykowaną przeze mnie formą wspinaczki, przynajmniej pod względem liczby dni, które poświęcam jej w skali roku. I nie tylko dlatego, że lubię też inne oblicza tego sportu, ale także dlatego, że wierzę, iż buldering i przejścia sportowe bardzo korzystnie wpływają na moje wspinanie na własnej.
Tradową przygodę rozpocząłem w Wielkiej Brytanii i przez pierwszych kilka lat skupiałem się właściwie tylko na tym. Podpisuję się pod opinią, że to, czego nauczymy się za młodu, zostaje z nami do końca życia. Technika i opanowanie wypracowane na gritowych ścianach Peak District w pewnym stopniu ukształtowały wspinacza, którym jestem dzisiaj. Mentalny aspekt przejść na własnej, czyli w dużej mierze kontrola emocji podczas odważnego prowadzenia, to oczywiście nie wszystko, stanowi jednak istotną część układanki. Jestem wdzięczny, że posiadłem tę umiejętność w młodym wieku, gdy rzeczy zdają się przychodzić bardziej naturalnie niż w przypadku nauki od zera u dorosłej osoby.
Aktualnie progres na projektach tradowych sprowadza się do fizycznych możliwości i właśnie dlatego wspinanie sportowe oraz buldering pochłaniają znaczną część mojego czasu. Moc i wytrzymałość, które zyskuję, uprawiając te dwie bardziej atletyczne gałęzie naszego sportu, w zestawieniu z posiadaną już siłą psychiczną naprawdę wynoszą moje osiągnięcia tradowe na inny poziom. Łączenie różnych form danej aktywności nie zawsze jednak służy ostatecznym rezultatom.

Po tygodniach spędzonych na tradzie ciężko mi przestawić się na drogi sportowe – nie potrafię na powrót odnaleźć płynności ruchu ani rozluźniać się w dogodnych ku temu momentach, co jest niezwykle ważne w przypadku wspinania na totalnym limesie. Problemy te wynikają z faktu, że wcześniej przez długi czas skupiałem się na maksymalnym kontrolowaniu każdego ruchu ze względów bezpieczeństwa. To samo można powiedzieć o przełączaniu trybu ze sportowego na bulderowy i w drugą stronę. Gdy długo bulderuję, na drogach sportowych zaczynam wkładać nadmiernie dużo siły w każdy wykonywany przechwyt, przez co marnuję ogrom energii. Jeśli natomiast poświęcam się wyłącznie wspinaniu sportowemu, bulderowanie przychodzi z trudem, gdyż ciało zdaje się zbyt wiotkie i powolne.
Zatem, ogólnie rzecz biorąc, jeżeli naprawdę chcesz zrobić postęp w konkretnym rodzaju wspinania, skup się w pełni tylko na nim. Nie ma w tym większej filozofii. I właśnie dlatego Adam Ondra tak mi imponuje. Sprawia wrażenie, że całkowicie i w mgnieniu oka przestawia się z jednej konkurencji na drugą, w dodatku wszystko robi z szerokim uśmiechem na ustach – przynajmniej tak to wygląda na filmach. Krótko po tym, jak poprowadziłem Bon Voyage, stworzyłem listę osób, które chciałbym zaprosić do Annot, by razem ze mną spróbowały przejść drogę i tym samym pomogły mi lepiej zrozumieć jej wycenę. Na szczycie tej listy widniał Adam.
9a to poziom trudności, w którym mam stosunkowo niewielkie doświadczenie, zwłaszcza w porównaniu do najlepszych obecnie wspinaczy sportowych. Myślałem o innych mocnych przedstawicielach tradu, z większym niż moje doświadczeniem na polu sportowym, takich jak Ignacio Mulero, Jacopo Larcher czy Seb Berthe, ale to przyjazd Adama pozostawał dla mnie przysłowiową wisienką na torcie. Czech po prostu ma w swoim wykazie setki dziewiątkowych dróg, i to w każdym możliwym „kształcie i rozmiarze”, pokonanych w rozmaitych stylach. Jeśli ktokolwiek rozumie, co oznacza wycena 9a, to jest to właśnie on. I mimo że Adama uważa się głównie za wspinacza sportowego i zawodnika, zapisał on na swoim koncie kilka trudnych tradowych dokonań, w tym na przykład głośną Dawn Wall, z którą uporał się w sumie w zaledwie kilka tygodni (!). Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że Adam dorastał w czeskim piaskowcu, czyli skale słynącej na całym świecie ze śmiałości dróg. I nawet jeśli nie poszukuje aktywnie najtrudniejszych i najbardziej wymagających psychicznie wyzwań tradowych, wiedziałem, że nie będzie mu brakować odwagi, by zmierzyć się z runoutami na Bon Voyage.

następne loty
Wizytę Adama zaplanowaliśmy na listopad zeszłego roku, ale niestety musiał odwołać przyjazd. Nie spodziewałem się, że tak bardzo będzie chciał ustalić nowy termin na początek 2024 roku. Zaklepaliśmy więc kilka dni w lutym, a ja zacząłem trzymać kciuki za dobrą pogodę. Na tym etapie wiecie już, że Adam drogę powtórzył. Ja z kolei często pytany jestem, jak czuję się z tym, że udało mu się to tak szybko. Moja odpowiedź zawsze brzmi tak samo: byłem zaskoczony, że zajęło mu to aż tyle czasu.
Myślę, że cała sytuacja z Adamem wpadającym i powtarzającym najtrudniejszą drogę w moim dorobku w kilka dni mogła sprawić, że niektórzy zaczęli martwić się o moje samopoczucie, pamiętając historię Dave’a MacLeoda i The Walk of Life. Jednak Adam to nie Dave i jeśli wspinacz, który sflaszował 9a+, a 9a pokonuje regularnie w zaledwie kilku próbach, poświęca swój czas, by przyjechać, spróbować twoją drogę i doprowadzić cały proces do końca, można traktować to jedynie w kategoriach największego wyróżnienia!
Z Adamem i jego ekipą filmową spotkałem się o poranku. Ruszyliśmy na spacer do Annot, gawędząc przy tym jak starzy przyjaciele. Nie chcę przez to powiedzieć, że faktycznie jesteśmy przyjaciółmi. Choć wspinaliśmy się razem w przeszłości, było to bardzo dawno temu, a w przeciągu ostatnich 10 lat widziałem go zaledwie kilka razy na imprezach sponsorskich. Adam jest po prostu wyluzowanym gościem, z którym rozmowa klei się bez wysiłku. W końcu weszliśmy na temat Bon Voyage i jego oczekiwań wobec tego krótkiego wyjazdu.

Mimo iż sflaszowanie takiej drogi leży całkowicie w zasięgu jego możliwości, Adam od razu powiedział mi, że chce nad nią trochę popracować w celu dogłębnego zrozumienia poszczególnych ruchów, tak by pierwsze próby z dołem były już dość sensowne. Przyniosło mi to pewną ulgę, ale nie z pozornie oczywistego powodu. Byłem całkowicie otwarty na pomysł próby flasza i zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, by zakończyła się ona powodzeniem. Jednakże nie jestem pewien, czy mógłbym określić mianem bezpiecznej sekcję wieńczącą finalny runout i jakaś część mnie martwiła się odpowiedzialnością związaną z wpuszczaniem kogoś w drogę, z której lot mógłby skutkować urazem. Nawet jeśli szanse na ryzyko, że Adam odpadnie, na dodatek, że odpadnie źle, było bardzo małe, wizja ta wciąż napawała mnie niepokojem. Pozwoliła mi również na nowo docenić, jak wymagające musiało być dla Caroline [Ciavaldini – przyp. red.] wspieranie mnie przy niektórych z moich trudnych projektów. Muy Caliente sama ciśnie się tu na usta.
Nie będę wdawał się w szczegóły ani pisał, ile prób oddał Adam. Chciałabym natomiast opowiedzieć o tym, jak wspólne wspinanie po Bon Voyage zmieniło moją opinię o słynnym Czechu. Jak większość ludzi, Adama znam z filmów dokumentujących wspaniałe przejścia, niewiarygodne tempo akcji i głośne okrzyki. Dla wspinaczy Ondra jest bogiem na ziemi i często myślę, że naprawdę nie ma nic, czego ten gość nie byłby w stanie zrobić. Odkryłem jednak coś zupełnie innego.
Tak, Adam to niesamowicie silny i utalentowany wspinacz. Nie widziałem, by ktokolwiek inny tak szybko rozpracowywał ruchy na Bon Voyage. Ruchy, których zrozumienie zajęło mi sporo czasu i które przysporzyły poważnych problemów niejednemu profesjonaliście. On z kolei przetwarzał je z właściwą sobie skutecznością, co nie oznacza jednak, że wszystko przyszło mu łatwo.

Rozpoczął naturalnie od najłatwiejszej sekcji i pokonał ją dość gładko (czego można się było spodziewać na bulderach za 6C i 7A). Jednak w kruksie sprawy nie toczyły się już tak szybko. Miejsce to sprowadza się w dużej mierze do wykonania ruchu z dziurki na jeden palec, którą ja preferuję łapać tym najmniejszym. Rzut oka wystarczył Adamowi, by stwierdzić, że w jego przypadku raczej nie wchodzi on w grę. Jego palec jest nieco większy od mojego, co z pewnością utrudnia przechwyt, jednak Czech oświadczył, że po prostu nie jest wystarczająco silny, by wykonać sekwencję w ten sposób. Ależ to było odświeżające! Usłyszeć, jak najlepszy wspinacz na świecie otwarcie przyznaje, że nie jest w czymś bardzo dobry, stanowi co najmniej nieoczekiwany zwrot wydarzeń, a była to dopiero pierwsza z wielu rzeczy, którymi Adam wprawił mnie w osłupienie tamtego dnia.
Godzina po godzinie Ondra nie przestawał zadziwiać, ale widziałem go też walczącego tak, jak nigdy bym się nie spodziewał. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że nawet gdy coś sprawiało mu spore trudności, a budowa jego ciała wyraźnie nie ułatwiała zadania, nie używał tego jako wymówki. Po prostu szukał innego rozwiązania – czy to modyfikując patenty, czy zwyczajnie dając z siebie o wiele więcej niż poprzednim razem.
Kolejną niespodzianką była liczba lotów w wykonaniu Czecha. W którymś momencie rozmawialiśmy o odwadze i kwestiach bezpieczeństwa, więc spytałem go, na jak trudnych drogach jest pewny, że nigdy nie spadnie. Spojrzał na mnie i oznajmił: „7b”. Uznałem to za żart, ale jak wyjaśnił, jego styl wspinania tak bardzo bazuje na szybkości i błyskawicznym podejmowaniu decyzji, że dość często zdarza mu się odpadać na rozgrzewkach w wyniku błędu czy złego odczytania sekwencji. Na filmach widzimy zatem efekt setek, jak nie tysięcy godzin szybkiego ruchu w skale, o dużym ryzyku niepowodzenia. A to, że Adam jest w stanie zrobić onsajtem 9a tak, jakby patentował je od miesięcy, to nie cud czy kwestia szczęścia, lecz właśnie rezultat godzin, które poświęcił w życiu na pokonanie każdej innej drogi w tym samym stylu. Adam potrafi też coś, czego nie miałem okazji zaobserwować u żadnego wspinacza: wykorzystuje w 100% zestaw posiadanych umiejętności, czyli siłę, technikę i rozciągnięcie. Pod względem wydajności jest najlepszą maszyną wspinaczkową.

Do tego haruje jak wół. Od 11:00 do 18:00 praktycznie cały czas wisiał na drodze. Zjechał na statyku, żeby popróbować kilku ruchów, wstawił się znowu z dołem, zaliczył parę konkretnych lotów, podszedł, by rozpracować inną sekwencję, krążył między przelotami, sprawdzał kolejne przechwyty, zaliczał następne loty, zjechał na ziemię, by napić się i coś przekąsić… Po czym znowu wskoczył na ścianę i powtórzył wszystko od początku. Nigdy nie widziałem, by ktoś tyle pracował w ciągu jednego dnia. Adam dosłownie oddycha i żyje wspinaniem. Obserwując go z dołu, miało się wrażenie, że walka i odpadanie są równie ważne, co prawidłowo wykonany ruch. Zdawał się on uczyć w każdej chwili, a kiedy jego mózg i ciało coś już zarejestrowały, zapamiętywały to na dobre.
Inni wspinacze, których miałem okazję oglądać na drodze, bardzo starali się mieć pod kontrolą wszystkie poszczególne przechwyty w nadziei, że zwiększy to ich szanse podczas próby RP. W odróżnieniu od nich Adam robił każdy ruch raz, góra dwa razy i uznawał temat za zamknięty. Myślę, że to znakomita taktyka. Pozwoliła mu ona zachować możliwie jak najwięcej świeżości – zarówno jeśli chodzi o mięśnie, jak i skórę – na najważniejsze wstawki, co było jednym z kluczy do tak szybkiego pokonania drogi. Kolejnym był fakt, że jest on po prostu bardzo, bardzo dobry. Znam wprawdzie osoby, które mają silniejsze palce lub są w stanie więcej razy zadać ze szmaty, ale to, co na skale potrafi zrobić Czech, szczególnie w kontekście mobilności i gibkości, naprawdę zwala z nóg. Jego wspinanie sprowadza się do jak najlepszego wykorzystywania posiadanych zasobów i nigdy nie widziałem, by ktokolwiek robił to tak skutecznie.
Pod koniec wspólnego dnia w skałach zrozumiałem, że Adam Ondra zdecydowanie nie jest bogiem. To człowiek taki jak my, ze wszystkimi wadami, co tylko czyni jego oszałamiające osiągnięcia w niemalże każdej wspinaczkowej dziedzinie jeszcze bardziej imponującymi. Mam szczęście, że jestem częścią pokolenia, które może dzielić z nim ściany.
Tekst został opublikowany w 297 (3/2024) numerze magazynu GÓRY.
Archiwalne numery Magazynu GÓRY oraz wersje w formacie pdf można kupić w naszej księgarni Książki Gór



